Blogi Muzeum Literatury
Media
Słowo kluczowe: rękopisy
Data dodania: 2 września 2014

Czy ktoś jeszcze pamięta, że Andrzej Stasiuk, niemal u początków swej literackiej twórczości (to znaczy zanim stał się znanym autorem powieści „Biały kruk” czy zbioru opowiadań „Przez rzekę”), opublikował tomik wierszy pod tytułem „Wiersze miłosne i nie”?

Ja oczywiście wiem, że Stasiuk debiutował – w sensie książki – prozą („Mury Hebronu”), ale przez pewien czas – na przełomie lat 80. i 90. Zwłaszcza – funkcjonował w świadomości czytelniczej (jak i krytycznej) jako poeta – prozaik. Potem jakoś wierszy zaniechał, przynajmniej oficjalnie. Ale wypada przypomnieć, że odruch liryczny był u tego pisarza pierwotny. Efektem pobytu w więzieniu w Stargardzie Szczecińskim (praprzyczyna: dezercja podczas odbywania służby wojskowej w Ludowym Wojsku Polskim; sam autor sporo o tym wspomina w książce „Jak zostałem pisarzem. Próba autobiografii intelektualnej”) był nigdy niewydany tom wierszy „Miasto Gwiazda” (z angielskiego „star” i prasłowiańskiego – chyba – „gard”, czyli właśnie „miasto”, „gród”). Podobno – jak powiada legenda – autor ten zbiór liryków zwyczajnie zniszczył, nie będąc usatysfakcjonowanym jego artystycznym kształtem. Ale może leży on jednak gdzieś w przepaściach szuflad, podobnie jak – również nieopublikowany do tej pory, o czym wciąż Pisarzowi przypominam – poemat o wędrówce z warszawskiej Pragi na lewy brzeg stolicy. Że takowy poemat istnieje – wiem, bo sam go widziałem na własne oczy, a nawet dokonałem redakcji tego tekstu, niestety przez Autora dotychczas niewykorzystanej.

My w Muzeum Literatury tylko czekamy na takie gratki – i to niekoniecznie musi być od razu związane ze śmiercią artysty oraz porządkami w papierach, jakie zazwyczaj spadkobiercy wtedy robią. Czasami dostajemy rzeczy niepublikowane, nawet z zapisem karencyjnym (że nie wolno nam tego upublicznić przez jakiś określony czas – mierzony – no właśnie – najczęściej od śmierci twórcy). Tak, gdyby Stasiuk jednak przechował choć jeden egzemplarz (i  to najlepiej jeszcze rękopiśmienny) „Miasta gwiazdy” i zechciał nam go kiedyś – a choćby i sekretnie podarować (odsprzedać?) – hooo, to byśmy się uradowali.

Tom wierszy późniejszego autora „Dukli” nie jest jednorodny. Intuicja podpowiada mi, że jest zapisem (może lepiej: świadectwem?) ewolucji artysty – od tekstów nieco jakby retorycznych, mocno zakorzenionych w literackości (więc erudycyjnych, aluzyjnych), ale też jakby nieco przegadanych czy też „upoematowionych” – do tych już zwartych, opartych na opisie i posługujących się ascetyczną metaforą. Jak choćby ten, w jakiś sposób emblematyczny dla tej „drugiej” grupy wierszy:

***

W kuchni dowiadujemy się, że umrzemy. Podczas szperania
w szafkach zimne naczynia wydają cichy
brzęk, wieczorem z kryształkami  cukru
niechcący miesza się sól. Niewinności piosenka
nabiera doświadczenia gdy w paradoksalnym
igloo lodówki odkrywamy tylko lód.
Viva la muerte! w próżnym pudełku
słychać – kawy ani krzty, okruchy chleba
sprzed dwu dni osiągnęły twardość minerału.

Któregoś dnia tutaj nie wejdziemy a wszystko
pozostanie tak jak jest. Zapach pustki
albo ulubionych potraw będzie po
staremu się unosił, będzie kapał kran
lecz najdrobniejszej myśli kropla nie poruszy.
Szklanki zadzwonią kiedy ktoś, szukając śladów,
będzie przeszukiwał nasze szafki.

 

Jak wiadomo funkcjonowała, a może nawet nadal funkcjonuje taka teza, że jest w naszej współczesnej poezji nurt zwany neobarokiem. Nawet już nie szłoby tu o wiersze Jarosława Marka Rymkiewicza czy zapomnianego skądinąd Jerzego Harasymowicza (niedawno mój kumpel obronił doktorat o „baroku u Harasymowicza”, co wspomnianą tezę jakoś tam by szczątkowo potwierdzało…), ale też o działalność młodszych liryków – jak Eugeniusz Tkaczyszyn Dycki, właśnie Stasiuk (ale jako poeta) czy choćby piszący te słowa.

Stasiuk (poeta) i barok? No przecież nie przez wspólnictwo form – choć akurat w powyższym wierszu ładna jest ta inwersja i przerzutniowość, wytwarzające wrażenie pewnej archaiczności. Więc jeśli już  – to przez temat. I podany poniekąd podobnie, co u metafizyków barokowych: więc nie z pespektywy życia mowa tu o śmierci, ale z perspektywy grobu. W tej kuchni, co niegdyś do nas należała (wciąż jeszcze należy, dopiero dowiadujemy się, że umrzemy, ale właściwie jest tak byśmy już umarli, a tylko konstatowali ten fakt ex post) już nas nie ma, już ktoś inny przegląda nasze rzeczy, które zresztą w żaden sposób nie zapisały naszego istnienia. Jakoś tak od razu przypomina mi się wiersz Daniela Naborowskiego „Krótkość żywota”. Omnis moriar chciałoby się powiedzieć – ta nasza niegdysiejsza przestrzeń zamieszkiwana jest już tylko przez przedmioty (a także minerały czy rośliny), w jakich nie odbiła się w żaden sposób nasza egzystencja (więc przeszukiwanie szafek i tak pójdzie na marne).

Wiele pejzaży w tych „drugich” wierszach Stasiuka pozbawionych jest obecności człowieka, jeśli nie liczyć podmiotu mówiącego oczywiście. To opisy przyrody, bardzo zresztą piękne, rozważania nad naturą czasu (też obsesyjny barokowy temat!); sezonami, pogodą. Jest metafizyka, a nie ma, jak powiedziano, człowieka. Ludzie stają się co najwyżej jakimiś anonimowymi sylwetkami (czy może nawet raczej konturami jedynie) przesuwającymi się w tle i właściwie nierozpoznawalnymi.

Ale jest i drugi biegun – oto przykład:

***

Siedziałem obok kierowcy.
Czternaście godzin jazdy z długą przerwą
na pijaństwo. Z przeciwka nadciągały obłoki
błota i nierealnych świateł. Samochód
był mądry i stary. Zakręty brał po omacku.
Właściwie mogłoby nas nie być.

Papierosy miały smak miasta opuszczanego
o zmierzchu, w porze gdy każda podróż
wygląda na ucieczkę. Nam też paliło się pod stopami.
Musieliśmy ruszać nim wytrzeźwiejemy.

Stacje benzynowe, noc jak kawa
rozlana na czarnym stoliku. Śmierć to się
zbliżała, to znowu oddalała i byliśmy jak
te długonogie owady ślizgające się po powierzchni wody
za lekkie by utonąć i zarazem bezskrzydłe.

 

Ten wiersz nie pochodzi już z tomiku, został napisany później i wydrukowany premierowo w jednym z numerów „Czasu Kultury”. To jeden z ostatnich upublicznionych Stasiukowych utworów poetyckich, za chwilę autor odwróci się od liryki.

Prawda, że mamy tu scenkę, jakby wyjętą z późniejszej prozy autora „Grochowa”? Ze znanymi motywami: podróżą, oniryczno – alkoholowym klimatem, dziwacznym niepokojem, rodzajem niesprecyzowanej desperacji.  I proszę – tym razem to świat jest nieobecny, w centrum znajduje się natomiast człowiek w sytuacji dla pisarstwa Stasiuka podstawowej: to znaczy egzystencjalnej. I to – w sumie poetyckie jednak – porównanie w kodzie wiersza; definiujące bohaterów podróży w sytuacji zawieszenia – niezdolnych do wzlotu, ale też zabezpieczonych przed upadkiem. A śmierć tym razem nie jawi się jako fakt, ale zapowiedź.

Jest Stasiuk, jako stylista, prozaikiem, który pozostał poetą i zaiste często prozę poetycką uprawiającym. Pewnie mniej w tekstach eseistycznych, ale i tam nader często posługuje się metaforyzacją. Wciąż zdarza mu się stworzyć „bezczłowiecze” pejzaże, ale to jednak jednostka ludzka, a i społeczeństwo, kultura stają się coraz częściej rzeczywistymi bohaterami jego najnowszych tekstów.

O autorze
dr Jarosław Klejnocki - dyrektor Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza, pisarz, poeta, eseista i krytyk literacki. Adiunkt w Instytucie Polonistyki Stosowanej UW. Jego wiersze, eseje i artykuły tłumaczono na angielski, niemiecki, szwedzki, słoweński, bułgarski, węgierski, rosyjski. Ostatnia książka to kryminał "Człowiek ostatniej szansy" (WL, 2010). Współpracuje z prasą polską (m.in. "Tygodnik Powszechny", "Polityka", "Rzeczpospolita", "Kresy", "Miesięcznik Literacki", "Odra") i zagraniczną ("Chicago Review", "Die Horen").
Muzeum Literatury
Ostatnie wpisy
Archiwa
Blogi Muzeum Literatury
Copyright © 2010-2014 Muzeum Literatury