Blogi Muzeum Literatury
Media
Data dodania: 9 lutego 2011

Kiedy w sierpniu 2009 roku rozpocząłem pracę w Muzeum Literatury – pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, gdy poznałem, niedostępne dla publiczności, zakamarki naszego miejsca pracy – to schody.

Jest ich mnóstwo, bo Muzeum to zespół sześciu kamienic oddzielonych dziedzińcem, o którym już zresztą tutaj pisałem. Pomiędzy kamienicami są różnice poziomów, „piętra” znajdują się na różnych wysokościach, a pracownie i sale wystawiennicze rozstrzelone zostały w tej dziwacznie zwertykalizowanej przestrzeni.

Wszystko to stwarza co prawda atmosferę pewnej kameralności, ale jak trzeba w ciągu dnia pracy po tych schodach ganiać – rzecz wówczas zaczyna wyglądać nieco inaczej. Bo na przykład Dział Rękopisów mieści się na drugim piętrze jednej z kamienic od ulicy Brzozowej, magazyny rękopisów w tym samym budynku, ale już w piwnicach, natomiast czytelnia, gdzie czasami pracują naukowcy, którym udostępniamy rękopisy do wglądu – na trzecim piętrze, ale już w kamienicy od strony Rynku Starego Miasta. Zatem: droga od Działu Rękopisów przez magazyn do Czytelni jest długa i kręta i – co najgorsze – trzeba wciąż schodzić i wchodzić, wchodzić i schodzić.

I tak sobie biegamy, ćwicząc kondycję i utrzymując właściwą wagę ciała. Ale trzeba też przyznać, że jest coś malowniczego w tych wszystkich zakamarkach i zaułkach. Coś domowego.

Jarosław Klejnocki

[schody w Muzeum Literatury – fot. Maciek Bociański]

Data dodania: 30 stycznia 2011

Kiedy studiowałem, zdarzało mi się chadzać do Czytelni Głównej Starego BUW-u (czyli Biblioteki Uniwersytetu Warszawskiego). To ten budynek na środku kampusu przy Krakowskim Przedmieściu – z zegarem wygrywającym Gaudeamus o godzinie 12.

W zasadzie korzystałem przede wszystkim z biblioteki i czytelni wydziałowej, ale już na przykład „Psalmodię polską” Wespazjana Kochowskiego można było przeczytać jedynie w Czytelni Głównej – a i tak po wielkich ceregielach (jedyny, rozpadający się zresztą, egzemplarz).

Dziś tzw. Stary BUW mieści ultranowoczesne, jak na uniwersyteckie standardy, wykładowe sale multimedialne. Wtenczas był lekko rozsypującym się budynkiem zarówno wewnątrz jak i z zewnątrz.

A jednak, choć nie byłem tam wcale częstym gościem, uwielbiałem go. To znaczy uwielbiałem Czytelnię Główną, na piętrze, do której szło się po jasnych, jakby alabastrowych schodach, pełnych pęknięć i zabrudzeń.

A tam: skrzypiące malowniczo podłogi, stare stoły z niemal antycznymi lampami, półki z książkami pod sufit i niemal po horyzont. Studenci i rozmaici ekscentryczni badacze. Piękne miejsce.

Starego BUW-u już nie ma, jest Nowy BUW – piękny i funkcjonalny inaczej. Cieszę się, a jednak tego sznytu szlachetnej staroświeckości mi żal.

Znajduję go natomiast w czytelni i bibliotece Muzeum Literatury. Najpierw trzeba się wspiąć po drewnianych, skrzypiących niemiłosiernie schodach. Potem są ciężkie drzwi z dzwoniącym dzwoneczkiem i wreszcie ona – Czytelnia. Pełna ciemnych, ciężkich stołów, wielkich krzeseł i lamp oświetlających – gdy trzeba – czytelnicze stanowiska. A także regałów z książkami pod sufit – jak w dawnym BUW-ie.

Okna czytelni wychodzą na Rynek Starego Miasta, co jest i malownicze, i bywa uciążliwe zarazem. Widok Rynku z wysokości trzeciego piętra wart jest każdej ceny, z drugiej strony – gdy nadchodzi sezon turystyczny i jest ciepło – hałas z dołu przeszkadza w pracy.

Mimo wszystko uwielbiam to miejsce, być może najbardziej atmosferyczne w całym Muzeum. Miło wiedzieć, że siadali tu liczni sławni badacze literatury, zagłębiając się w lekturę, która później owocowała znanymi opracowaniami.

Czytelnia Muzeum to miejsce zatrzymania czasu; wygląda dziś podobnie, jak wyglądała przed laty. Przypomina kształt dawnych uniwersytetów i placówek badawczych – odwiedzającym oferuje zarówno nostalgię jak i komfort dawności.

Lubię tu zaglądać, by odciąć się na chwilę od tego, co bieżące, aktualne i wymagające jednoznacznych decyzji. Myślę o tym miejscu jak o azylu. Tu rządzi książka i nic poza nią.

Jarosław Klejnocki

[Czytelnia Muzeum Literatury, fot. Anna Kowalska / ML]

Data dodania: 21 stycznia 2011

W pięknej książce Rafała Bielskiego (opartej na jego zbiorach starych pocztówek z widokami stolicy) wydanej przez oficynę Veda pod tytułem „Było takie miasto… Warszawa na starych pocztówkach” – na stronie 13 znajdujemy wizerunek ulicy Brzozowej z roku 1925.

Jest to ujęcie z góry, w spadek ulicy. W tle majaczy kopuła Kościoła Sakramentek na Nowym Mieście, a po chodniku, po prawej stronie patrzącego, idzie ku nam przekupka i niżej, para trzymająca się za ręce (a obok jakaś elegantka. Czy z nimi razem, czy zupełnie niezależnie?). I jeszcze matka z małym dzieckiem, schodząca gdzieś w kierunku Kamiennych Schodków i pewnie dalej, w stronę Wisły (czyżby na spacer?).

Po lewej widzimy kamienice obecnie należące do Muzeum Literatury. Zdjęcie zadziwiająco przypomina dzisiejszy kształt ulicy (odbudowa zatem była skuteczna), tyle że przechodnie ubrani inaczej i ruch na ulicy też inny, spokojniejszy (te samochody wciąż kursujące obecnie w górę i w dół…).

Fotografia zatrzymuje czas, to banalne, ale też potrafi pokazać koniunkcję pomiędzy dawnym a obecnym (jak w przypadku omawianym).

Codziennie ulicą Brzozową wspinam się ku Muzeum, które po wojnie – po zniszczeniach, po tej apokalipsie miasta, które odrosło jak wyrwana niegdyś brutalnie gałąź – nastało na Starówce, by pilnować dziejów naszego piśmiennictwa w przeszłych dwóch wiekach, ale też, by śledzić dzieje literatury współczesnej.

Jest coś w Starówce z Disneylandu (wszak to szacowna atrapa, zabytek ex post), ale i wzruszającego. Bo przypomina przeszłość sprzed Katastrofy, pozwala odnajdywać zalążki dawności.

Fotografia zaś potrafi nieść walor niemalże metafizyczny. O czym, swego czasu, napisałem taki oto wiersz:

A teraz na tej fotografii
Wyglądam tak jakbym
Zobaczył nagle coś czego
Do tej pory nie widziałem

Jestem tu inny niż zazwyczaj
Skoncentrowany wpatrzony w dal
Co się przede mną wówczas otworzyło
– nie wiem Tak oto ucieka to co ważne

A jednak coś pamiętam Fotografia
przypomina że możemy wyjrzeć
z życia jak zza okna Być sobie
obcym co oznacza wolność
na co dzień niedostępną
Obrazy czasem więcej o nas
mówią niż sami wiemy o sobie

(„Litania VII” w tomiku „Skarby dni ostatecznych”, WL, Kraków 2005, s. 53)

Jarosław Klejnocki

[ilustracja: fragment okładki albumu „Było takie miasto…” Rafała Bielskiego, Agencja Wydawnicza Veda]

Data dodania: 11 stycznia 2011

Z miejsca, w którym spędzam w Muzeum najwięcej czasu, a które nazywa się „Gabinetem dyrektora”, ładnie widać Wisłę, a także Wisłostradę, tę północno – południową arterię miasta, która zapewnia aglomeracji rudymentarną przepustowość, jeśli idzie o ruch samochodowy.

Z okien pokoju, w którym rezyduję, Wisła nie prezentuje się zanadto reprezentacyjnie. O wiele lepiej widać ją z pracowni muzealnych położonych na wyższych piętrach. Najlepiej, moim zdaniem, z pracowni bibliotecznych.

Tak, to właśnie miejsce doskonałe, żeby kontemplować ruch wody i rozmyślać nad upływem czasu. Żeby przywoływać esej Josifa Brodskiego, który, urzeczony pięknem Wenecji, pisał o roli wody w duchowej metanoi człowieczej (w „Znaku Wodnym”), że jest swoistym lustrem dla ludzkiej namiętności i emocji.

Warszawa jest, to niemal banał, odwrócona od rzeki. A wszak Wisła jest w stolicy rzeką na wskroś miejską. Odwracając się od akwatyczności ku chtoniczności, wybieramy perspektywę patrzenia. Za łatwo gubimy lekkość wody (lekkość istnienia) na rzecz ciężkości chwili obecnej.

Tak sobie czasem myślę, patrząc przez okno, zanim powrócę do codzienności urzędniczej, która wyznacza rytm każdej instytucji, choćby to było nawet, natchnione refleksją nad artyzmem, Muzeum Literatury.

Jarosław Klejnocki

Data dodania: 13 grudnia 2010

W zasadzie niewłaściwe słowo, by opisać to, o czym myślę. A myślę o otwartej przestrzeni pomiędzy dwiema kamienicami należącymi do Muzeum Literatury od strony Rynku Starego Miasta a pozostałymi czterema, posadowionymi od strony ulicy Brzozowej.

To raczej rodzaj podwórka (szumnie – i znów niepoprawnie – nazywanego na sposób śródziemnomorski patio), kilkadziesiąt (kilkaset?) metrów kwadratowych pod gołym niebem, jakie trzeba przejść, jeśli chce się dostać do biur i niektórych muzealnych pracowni.

Jest takie piękne stare zdjęcie tej przestrzeni (dziedzińca? podwórka?) z winoroślą obrastającą jeden z budynków (ten, w którym mieści się pokój gościnny na piętrze i dyrektorski gabinet na parterze). Winorośli już nie ma – została wycięta, bo nie służyła ni murom, ni dachówkom. Ale nawet bez niej nasz dziedziniec (patio? podwórko?) wygląda trochę jakby przeniesione z włoskich klimatów. Zwłaszcza wtedy, gdy jest ładna pogoda (późną wiosną, latem, wczesną jesienią). Można na chwilę zapomnieć, że jesteśmy w Polsce i ulec czarowi, iluzji owej śródziemnomorskości.

A jednak trzeba się będzie pożegnać z dziedzińcem (podwórkiem? patio?), bo w planach przebudowy Muzeum zamierzamy zadaszyć tę przestrzeń, by zyskać dodatkowy metraż ekspozycyjny i audiowizualny (z prawdziwego zdarzenia, z całym elektronicznie kosmicznym oprzyrządowaniem, na jakie będzie nas stać).

Żartując, można powiedzieć, że planujemy tu plombę przypominającą szklaną piramidkę luwrowską, ale jest coś jednak na rzeczy. Muzeum Literatury stoi u wrót wielkiego remontu, mamy nadzieję, że przeniesie on naszą instytucję z XX w XXI wiek.

Tym samym zniknie urokliwe miejsce, ale zyskamy na tym wszyscy: pracownicy Muzeum i nasi Odwiedzający.

Jarosław Klejnocki

[fot. Anna Kowalska / ML]

Data dodania: 1 grudnia 2010

Pod sam koniec wystawy stałej w Muzeum Literatury (zwanej „Mickiewiczowską”, choć to przecież ekspozycja zagarniająca wiele wątków romantyzmu polskiego – i nie tylko) znajdujemy pióro Wieszcza, ładnie wiszące na ścianie jako swoista coda oglądanej całości.

Ono, świadectwo dawnego świata, ilekroć obok przechodzę, przypomina mi o dwóch wierszach naszych XX – wiecznych Wieszczów.

Pierwszy tekst to „O książce” Czesława Miłosza, a tam znamienne słowa: „Gdzież jest miejsce dla ciebie w tym wieku zamętu,/książko mądra, spokojna, stopie elementów/pogodzonych na wieki spojrzeniem artysty?” Ale zaraz obok pojawia się w pamięci inny wiersz autora „Trzech zim”, pisany gdzieś w latach 60. przeszłego wieku: „Był czas, kiedy czytano tylko mądre książki/pomagające znosić ból oraz nieszczęście./To jednak nie to samo co zaglądać w tysiąc/dzieł pochodzących prosto z psychiatrycznej kliniki.” („Ars poetica?”).

Drugi tekst to „Elegia na odejście pióra atramentu lampy” Zbigniewa Herberta, przynoszący taką choćby inwokację do tytułowych towarzyszy dawnego pisarskiego losu: „wybacz moją niewdzięczność pióro z archaiczną stalówką/i ty kałamarzu – tyle jeszcze było w tobie dobrych myśli/wybacz lampo naftowa – dogasasz we wspomnieniach jak opuszczony obóz//zapłaciłem za zdradę/lecz wtedy nie wiedziałem/że odchodzicie na zawsze//i że będzie/ciemno”.

Żaden ze współczesnych pisarzy średniego czy młodszego pokolenia, jakich znam (a znam ich dość wielu) nie używa już pióra, ołówka czy długopisu w procesie tworzenia. A jeśli już – to gdzieś tam na samym początku, kiedy zapisuje się pomysły, wstępne frazy tekstu czy też udatne aforyzmy, które potem zostaną rozwinięte we właściwym utworze.

Herbert i Miłosz – w przytaczanych wierszach – już dawno temu widzieli w tradycyjnie tworzonej książce znak świata skazanego na odejście (choć mieli przecież na myśli raczej rodzaj aksjologicznego i estetycznego porządku). Dziś rękopisy już nie powstają, zastępują je twarde dyski komputerów. Tylko jak tu z twardych dysków i zużytych klawiatur zmontować jakąś ciekawą wystawę?

Jarosław Klejnocki

[Pióro Mickiewicza (fragment), fot. Maciek Bociański / ML]

Data dodania: 30 listopada 2010

Kiedy jeszcze w Polsce nie były dostępne kultowe „Moleskiny” moja żona kupiła mi mały czarny notatnik u ulicznego sprzedawcy w Wilnie, gdzie akurat byliśmy na wycieczce.

Zacząłem w nim notować, zgodnie z intencją Darującej, rozmaite pomysły na wiersze, poszczególne frazy, wpadające w ucho tytuły przyszłych liryków, frapujące idiomy językowe – wymyślone lub tylko zasłyszane.

Ale od tyłu, chyłkiem, zapisywałem tytuły książek naukowych do przeczytania, pomysły interpretacyjne do mających powstać artykułów, a także programy zajęć ze studentami. A nawet, o zgrozo, harmonogramy posiedzeń rad pedagogicznych w szkole, w której akurat wtedy pracowałem.

Wreszcie także trasy przyszłych podróży (w wakacje) i budżety tych wypadów. To były czasy, gdy karty kredytowe były jeszcze w Polsce rzadkością, Zjednoczona Europa przysposabiała się pomału do przyjęcia wspólnej waluty – więc zagraniczna wyprawa wymagała naprawdę rzetelnych zabiegów logistycznych.

Teraz przeglądam z sentymentem mój mały czarny notatnik, widząc jak drobiazgowo planowałem na przykład automobilową eskapadę do Szwajcarii.

Mieliśmy jechać przez Czechy i Niemcy, a ze Szwajcarii zrobić niewielki wypad do Italii, by w okolicach Aosty (niedaleko toczy się akcja „Wieży” Gustawa Herlinga Grudzińskiego) wypić prawdziwą włoską kawę, a potem tunelem pod Mont Blanc i przez kawałek Francji wrócić do Genewy. Trasę nazad do ojczyzny planowaliśmy już tylko przez Niemcy.

Nasz wstępny budżet wyglądał więc tak: ok. 650 tysięcy złotych (przed denominacją), 650 franków szwajcarskich, 250 niemieckich marek, 2000 czeskich koron, 50 tysięcy włoskich lirów. Rezerwa – 100$.

Nie udało się jednak – na marginesie pojawiły się nowe zapiski: „dokupić 200 marek”, „dokupić 200 franków” itd. Ostatecznie wstępny budżet został znacznie przekroczony.

Wyprawa doszła do skutku i wciąż mieszka w naszej pamięci jako jeden z najbardziej udanych urlopowych wyjazdów. Noclegi na polach namiotowych u szczytu malowniczych gór – bezcenne. Doznania krajobrazowe i podróżnicze – przekształcone na liczne wiersze i eseje.

No i mój mały czarny notatnik, który – gdy go kiedyś przekażę Muzeum Literatury – będzie mógł służyć jakiemuś ewentualnemu badaczowi do skalkulowania realnych kosztów twórczości.

Jarosław Klejnocki

[fot. Maciej Bociański / ML]

Data dodania: 15 listopada 2010

W innym wierszu Adam Zagajewski pisze:

„W obcych miastach przychodzimy na świat,
nazywamy je ojczyzną, lecz niedługo
wolno nam podziwiać ich mury i wieże
(…)
W obcych miastach
pozostaniemy, jak drzewa, jak kamienie.”

(Piosenka emigranta, tom „Jechać do Lwowa”)

Łukasz Garbal, w swym komentarzu pod poprzednim moim wpisem, zadał pytanie o obcość miasta (konkretnie Warszawy) w znaczeniu, by tak rzec, kulturowo – cywilizacyjnym. To ciekawy wątek, a w przypadku stolicy jak najbardziej uzasadniony. Swego czasu próbowałem podjąć wyzwanie tego tematu w eseiku „Aquapolis” (drukowanym ostatecznie w zbiorze „Piołun i inne eseje chodnikowe”, Warszawa 1999), gdzie, podobnie jak ŁG, zadałem pytanie o autoidentyfikację i „korzenność” warszawskich mieszkańców (dość, powiedzmy, dziś rozmytą).

Wszakże kwestia, którą podnosi poeta w wierszu „Piosenka emigranta” jest innej, bardziej ogólnej, natury. Rzecz tu w obcości jako takiej, immanentnej, to jest istotowej, naszemu bytowaniu.

Także nasze miasta rodzinne, to znaczy te, w których przyszliśmy na świat, są w jakimś sensie obce. Albowiem w ogóle, jeśli dobrze odczytuję intencje tekstu, poczucie (odczucie? pojęcie?) obcości przypisane jest naszej egzystencji u samego źródła. Zatem problem nie w tym, by oswoić miasto (miejsce) swego życia, ale by oswoić swoje życie jako takie.

Przytoczony wyżej wiersz Zagajewskiego akurat opowiada o klęsce (tak go w każdym razie rozumiem) owego oswajania. W tym sensie mówi też o możliwości niezrealizowaniu egzystencji (w duchu wyznania: nie umiałem, nie potrafiłem znaleźć swego miejsca na ziemi i sensu swego tu pobytu).

Ale możliwy jest też optymistyczny scenariusz: udało mi się – w perspektywie czasowej – nie bez istotnego duchowego wysiłku, usensowić własną egzystencję. Ergo: oswoić miejsce (w tym akurat przypadku: miasto) własnego bytowania.

Jaki to piękny sukces życiowego wysiłku, można by (należało by?) powiedzieć. Przyjść na świat w obcym (niejako z definicji) mieście (miejscu), ale umrzeć już zakorzenionym.

Jarosław Klejnocki


[fragment Starego Miasta z Mostu Śląsko-Dąbrowskiego, fot. Maciek Bociański / ML]

Data dodania: 3 listopada 2010

Powiada Adam Zagajewski:

„W obcych miastach jest radość nieznana,
zimne szczęście nowego wspomnienia.”
(„W obcych miastach”, tomik „Płótno”)

W zasadzie każde miasto nowe, do którego przyjeżdżamy po raz pierwszy jest owym „obcym miastem”, oferującym „szczęście nowego spojrzenia”. Według Zagajewskiego jest to szczęście „zimne” – ale co to znaczy? Że jest zracjonalizowane? Pozbawione ekstatyczności? Przygaszone świadomością? Pozbawione autentyzmu? Niepełne?

Ale jednak „szczęście”, zatem radość, jaka wiąże się z podróżowaniem i doświadczaniem Nowego (widoków, zapachów, emocji). „Obce miasto” oferuje nam siebie, jakby mówiło: „oto jestem, inne od tych miast, które znasz. Poznaj mnie, o ile potrafisz.”

Istnieje coś takiego jak piękno – i wyzwanie zarazem – obcości.

W Brugii byłem co prawda już raz, dawno temu, w podróży letniej. I mimo hord turystów byłem zachwycony. Miasto niewiele zmieniło się od czasów średniowiecza, przekrojone malowniczymi kanałami sprawia wrażenie, że stanowi mieszankę Amsterdamu i – dajmy na to – dolnośląskiego Paczkowa (tyle że znacznie większego).

Teraz, jesienią, wydało mi się jeszcze piękniejsze (może to sprawa światła, ciepłego i niskiego, jakby słońce, zapatrzywszy się w obrazy Vermeera, specjalnie sterowało swym biegiem).

W brugijskim muzeum Arentshuis, w ramach wystawy stworzonej przez znanego w Europie Luca Tuymansa („A Vision of Central Europe. The reality of the lowest rank”), zawisło kilkanaście rysunków Bruno Schulza wypożyczonych od nas. Schulz ma za towarzyszy z jednej strony grafiki zafascynowanych jego twórczością Quay Brothers, z drugiej Andy Warhola. A wokół jeszcze rozmaici konceptualiści – w tym także Mirosław Bałka.

Ładnie się ta współczesna wystawa kojarzy ze starym miastem, w brzuchu którego Luc Tuymans zaaranżował wyspę nowoczesności XX i XXI wiecznej. Obcość sztuki, domagająca się interpretacji, współgra z obcością miasta – co prawda gościnnego – ale też jakoś zdystansowanego wobec tych, którzy doń przybyli, by je podziwiać.

Jarosław Klejnocki

[fot. Jarosław Klejnocki]

Strona 6 z 6« First...23456
O autorze
dr Jarosław Klejnocki - dyrektor Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza, pisarz, poeta, eseista i krytyk literacki. Adiunkt w Instytucie Polonistyki Stosowanej UW. Jego wiersze, eseje i artykuły tłumaczono na angielski, niemiecki, szwedzki, słoweński, bułgarski, węgierski, rosyjski. Ostatnia książka to kryminał "Człowiek ostatniej szansy" (WL, 2010). Współpracuje z prasą polską (m.in. "Tygodnik Powszechny", "Polityka", "Rzeczpospolita", "Kresy", "Miesięcznik Literacki", "Odra") i zagraniczną ("Chicago Review", "Die Horen").
Muzeum Literatury
Ostatnie wpisy
Archiwa
Blogi Muzeum Literatury
Copyright © 2010-2014 Muzeum Literatury