Blogi Muzeum Literatury
Media
Data dodania: 3 listopada 2011

Jak wiadomo Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza wielką (w sensie gabarytowym) placówką nie jest. Nie dysponuje też ogromnym budżetem, a i na wsparcie – czy to od administracji samorządowej lub centralnej czy też sponsorów/mecenasów – może liczyć w ograniczonym zakresie. To jednak nie znaczy, że nie stać ML, powiedzmy – od czasu do czasu – na wielkie wystawy. I właśnie z takim zdarzeniem wystawienniczym mamy teraz do czynienia.

„Portret podwójny. Leonor Fini/Konstanty Jeleński” – to rzecz doprawdy niezwykła i nie tylko na arenie polskiego wystawiennictwa. Na tyle niezwykła, że przechadzający się po warszawskim Starym Mieście Literacki Noblista 2010 Mario Vargas Llosa, zobaczywszy banner reklamujący wystawę, po prostu wszedł do środka, kupił bilet i poszedł oglądać.

Takiej prezentacji dorobku Leonor Fini, legendarnej malarki z kręgu surrealizmu, nie było dotąd w Polsce, a i pewnie długo jeszcze nie będzie, po tym, co prezentuje Muzeum Literatury. A i druga postać tej ekspozycji – Konstanty Jeleński – zajmuje poczesne, intrygujące miejsce.

Ta wystawa łączy w sobie prezentację dorobku artystycznego twórców oraz przekaz biograficzny – pokazujący oryginalne, ciekawe życie pary kreatywnych ekscentryków. Co ciekawe – scenariusz wystawy nawiązuje wprost do pomysłu samego Kota Jeleńskiego, jak należało by wszechstronny dorobek Fini prezentować.

Kuratorki wystawy (panie Anna Lipa i Aleksandra Kaiper–Miszułowicz) pracowały długo i doprawdy w pocie czoła, by osiągnąć ten oszałamiający efekt. Towarzyszył im trud całego zastępu asystentów, towarzyszy, współpracowników – i za to chwała im.

Wystawa cieszy się sporym zainteresowaniem publiczności – to świetnie! – oraz licznymi dobrymi i bardzo dobrymi recenzjami krytyków. Mówiono o niej z entuzjazmem w Polskim Radio, pokazywała ją – w różnych kanałach – Telewizja Polska. Świetne recenzje i opinie zyskała m. in. w „Newsweeku”, „Rzeczpospolitej”, „Polityce”.

Bardzo się cieszę z zasłużonego sukcesu licznej grupy pracowników Muzeum Literatury. Małe (nominalnie) może być wielkie (rzeczywiście).

Data dodania: 17 października 2011

Od ponad roku mam zaszczyt uczestniczyć w obradach Kapituły przyznającej comiesięczną nagrodę Warszawskiej Premiery Literackiej (fundowanej przez władze miasta stołecznego). Spotykamy się regularnie, w nader wybitnym gronie tłumaczy, badaczy, krytyków i znawców literatury. Czytamy sporo książek i to bardzo rozmaitych.
Z tej mojej działalności kilka refleksji, co pewnie nie nowe.

Po pierwsze – wydawcy wcale nie tak chętnie podsyłają nam swą produkcję. Ba! Bywają i takie wydawnictwa, które wręcz sami prosimy – domyślając się, że ta czy inna książka wydaje się wartościowa – o egzemplarze. A jednak spotykamy się – nie tak znów rzadko – z nieufną czy nawet lekceważącą postawą edytorów.

Po drugie – obserwując listy bestsellerów, publikowane w rozmaitych gazetach papierowych, dostrzegamy, że grono faworytów czytelniczych dramatycznie nie pokrywa się z – i to już od pewnego czasu – z naszymi faworytami do nagród. Jakby istniały dwie literatury: ta, która jest kupowana i ta, która, poddawana recenzji jakościowej, broni się jakoś, oferując czytelnikowi przeżycia, tak to nazwijmy, „wyższego rzędu” (filozoficzne, epickie, językowe, intelektualne, egzystencjalne itd.).

Druga obserwacja jakoś uzasadnia tę pierwszą. Żeby dostać nagrodę – nawet tak skromną jak Warszawskiej Premiery Literackiej – książka musi jednak, mówiąc staroświecko i nieco kolokwialnie, reprezentować jakiś poziom. Żeby się dobrze sprzedać – jak ilustrują kształty bestsellerowych notowań – najwyraźniej nie musi, a może nawet – tak to ujmę – nie powinna.

Bo, powiedzmy to wyraźnie, na tych książkowogiełdowych notowaniach, z całym szacunkiem, ale zwykł dominować ostatnio wulgarny chłam. I tyle. Książki śmiecie oraz książki rozrywkowe – i to z dolnych rejonów zabawy.

Nagrody literackie najwyraźniej przestały spełniać funkcje maszyn promocyjnych (bronią się jeszcze twierdze Grenady, np. Nike czy Nagroda Gdyni). Jakieś tam historie o młodocianych wampirach czy kresowych bimbrownikach – egzorcystach mają swoją publiczność, której obojętna jest fachowa czy instytucjonalna recenzja. Ten fenomen nie pojawił się ostatnio – ta sytuacja narastała i krystalizowała się przez lata – ale teraz najwidoczniej nastąpił przełom i wreszcie widać to wszystko wyraźnie.

Ma to też przełożenie na rynek. Nagroda dla wybitnej, niszowej jednak książki to raptem kilka, góra kilkadziesiąt tysięcy złotych (w przypadkach ekskluzywnych – jak Nike, Angelus czy Gdynia – 100, 150 tysięcy). A to przecież równowartość honorarium za jedną, dobrze sprzedającą się pozycję z gatunku śmieciowych.

Oczywiście – pozostaje jeszcze kwestia prestiżu, dumy i ewentualnego medialnego rozgłosu. Twórcy śmieciowi zdają się jednak absolutnie lekceważyć ten aspekt. Ktoś tam zgarnia jednorazową śmietankę gotówkową i medialną, a oni tymczasem liczą realną kasę, która wpływa regularnie na ich konta.

[Tekst ukazał się pierwotnie na blogu „Raptularz końca czasów” – Administrator]

Data dodania: 19 września 2011

W tej przemiłej i jakże jednocześnie merytorycznej rozmowie blogowej z Łukaszem Garbalem mam taką oto kwestię: ostatnie wiersze autora „Trzech zim”, wydane pośmiertnie.

Dość powszechnie wiadomo, że wiele z tych wierszy nie wyszło spoza fazy, tak ją tu sobie nazwę, „szczątkowej”. Często były to zapisane fragmenty ewidentnej większej całości, która już nie powstała, czasami było to coś niecoś tylko więcej poza lirycznymi konceptami, czasami znów szkice zmetaforyzowanej architektury.

I wiadomo, że po śmierci Noblisty nad tym wszystkim pochyliło się bardzo zacne i nadzwyczaj fachowe „konsylium”, złożone z najprzedniejszych badaczy i znawców twórczości Miłosza + oczywiście Agnieszka Kosińska, sekretarz Mistrza w ostatnich latach.

Ostateczny kształt utworów, które ujrzały edytorskie światło dzienno jako właśnie „wiersze ostatnie” był efektem prac rekonstrukcyjnych (a może twórczych?) tegoż zacnego gremium.

Bardzom ciekaw, co na taki przykład powie (jak skomentuje?) rasowy edytor.

Data dodania: 16 sierpnia 2011

W związku z bardzo interesującym pytaniem postawionym obok (tzw. w sąsiednim blogu) przez dr Łukasza Garbala przyszły mi do głowy dwa przykłady.

Pierwszy: opowiadał mi pewien znajomy, wyrafinowany meloman, o tym jak uczestniczył gdzieś w świecie w otwartej próbie generalnej koncertu Krzysztofa Pendereckiego pod jego batutą. Utwór – nie pamiętam dziś który – należał do absolutnej klasyki w dorobku kompozytora. Podczas próby Penderecki nagle zrobił przerwę i zaczął odręcznie nanosić poprawki w partyturze. Wśród muzyków orkiestry, a może nawet wśród obecnych na sali słuchaczy rozległy się pomruki i szepty zdziwienia – na tyle donośne, że zwróciły uwagę Mistrza. Skończywszy pisać – miał rzec głośno coś w tym duchu: „To jest mój utwór i dopóki żyję mogę go przerabiać [a może powiedział: doskonalić].” Podobno dostał oklaski.

Drugi: jak pamiętamy, znana powieść Jerzego Andrzejewskiego ukazała się najpierw w odcinkach (w czasopiśmie „Odrodzenie” – w 1947 r.) pod tytułem „Zaraz po wojnie”. Pod wpływem krytyki spod znaku socrealizmu, a zwłaszcza tekstu fuhrerki tego nurtu Melanii Kierczyńskiej, autor oportunistycznie dokonał przeróbek swego tekstu na użytek wydania książkowego. W wersji, pardon, „poprawionej” – „Popiół i diament” to książka znacznie bardziej nacechowana ideologicznie niż jej odcinkowa wersja (zwłaszcza jeśli idzie o wątek sędziego Kosseckiego i potraktowania jego przypadku przez funkcjonariuszy UB). Jednym słowem – druga wersja jest gorsza od pierwszej, choć i tej „odcinkowej” można postawić kilka istotnych zarzutów ideowo-estetycznych.

Wniosek (banalny): oczywiście, że autor ma prawo zmieniać kształt swego dzieła (dopóki żyje), ale nie zawsze dobrze na tym wychodzi (zarówno artysta, jak i rzeczone dzieło).

PS. Mickiewicz oczywiście nie mógł napisać „Polsko, ojczyzno moja”, bo przecież Litwa w „Panu Tadeuszu” to Heimat („mała ojczyzna” – w znaczeniu terytorialnym i krajobrazowym głównie) a nie Vaterland („ojczyzna narodowa” i do pewnego stopnia – kulturowa). Mocno podobnie – jak sądzę – bywa z Litwą w twórczości Czesława Miłosza, choć Noblista zdawał się do pojęcia „Litwy” podchodzić z większym pietyzmem, szczegółowością, wyrafinowaniem, subtelnością i zrozumieniem rozmaitych niuansów niż XIX wieczny Wieszcz (ale też czasy i uwarunkowania inne).

Data dodania: 30 czerwca 2011

Andrzej Stasiuk w rozmowie („GW” 13.06.11) o roli i sile literatury:

„Literatura to podnieta dla umysłu, coś w rodzaju wódy, narkotyków, erotyzmu. Ożywia umysł i świat, który czasami jest nieco niezadawalający. Nigdy nie chciałem być pisarzem, ale tak bardzo lgnąłem do Literatury, tak bardzo chciałem być blisko niej, że nim zostałem. Ale najpierw to chciałem być postacią literacką. Martinem Edenem Londona.(…)

Taki jest sens literatury, żeby cię wykoleiła z normalnej codzienności, żeby cie wystrzeliła w kosmos z tego zwykłego życia, żebyś się nie dał udupić. Żebyś nie słuchał rodziców, tylko żebyś słuchał Martina Edena, bo jednak, z całym szacunkiem dla rodziców, oferta, jaką on składa, jest ciekawsza.(…)

Istnieje szkoła interpretacji, która odseparowuje dzieło od autora, ale ja uważam, że kiedy literatura wiąże się nierozerwalnie z życiem pisarza, to jest głębsza i bardziej wstrząsająca.(…)

Zrozumiałem, że literatura jest siłą, potęgą w samej swojej materii. Że język potrafi zabijać, zniewalać, wywracać światy.”

Pomieszałem trochę kolejność cytatów dla efektu dramatycznego. Głos autora „Przez rzekę” to świadectwo mieszkańca Galaktyki Gutenberga, głos romantyczny (w potocznym rozumieniu tego słowa).

Mnie osobiście bliski, tak, Stasiuk mówi też w moim imieniu. Ale przecież nie mogę nie zauważyć, że obaj jesteśmy reliktami. Że bardzo łatwo dostrzec w naszych postawach zwykły sentymentalizm (czytaj: naiwność).

Stasiuk ma to wszakże w nosie – i bardzo dobrze. Wypowiada swoją prawdę na przekór. Na przekór modom interpretacyjnym i na przekór modom recepcyjnym.

No to jest nas dwóch.

[Tekst ukazał się pierwotnie na blogu „Raptularz końca czasów” – Administrator]

Data dodania: 15 czerwca 2011

Na początek dwie dobre wiadomości. Po pierwsze – prawie tysiącstronicowa biografia Czesława Miłosza pióra Andrzeja Franaszka liczy sobie zwartego tekstu „jedynie” nieco ponad siedemset stron (reszta to przypisy i bibliografia – i tak przekraczające objętością niejedną pracę magisterską o twórczości Noblisty!). Da się więc książkę przeczytać krócej niż w miesiąc, a ci wszyscy, którzy – słysząc jak obszerne jest to opracowanie – już ze strachem rezygnowali z wyzwania lektury, powinni zweryfikować własne decyzje. Bo – co trzeba przyznać na wstępie – czyta się pracę Franaszka znakomicie. Autor odnalazł właściwy ton i styl – umiarkowanie zdystansowany a jednocześnie swoiście empatyczny – który czyni lekturę naprawdę prawdziwą przyjemnością.

Po drugie – i w nawiązaniu do powyższej diagnozy – na szczęście nie jest to „biografia śledcza” (jak chociażby słynna rzecz Artura Domosławskiego o Ryszardzie Kapuścińskim), tylko „biografia rozumiejąca”. Nie ma tu niezdrowej pogoni za skandalem, za ujawnieniem, za demaskacją czy demistyfikacją. Z drugiej strony Franaszek, mimo że zdradza pod koniec swej opowieści, iż jest entuzjastą pisarstwa autora „Gdzie wschodzi słońce i kędy zapada” nie tworzy też hagiografii – wszelkie zabiegi idealizacyjne są mu obce. W istocie udaje mu się znaleźć ów złoty środek pomiędzy skrajnościami, by transparentnie snuć opowieść o twórczości i życiu Noblisty. Biograf pozostaje przy tym rzetelny: nie ukrywa i nie zakrywa kwestii niejednoznacznych (dotyczących zarówno życia jak i pisarstwa swego bohatera), jednak pisze o nich z pozycji obserwatora – starając się raczej interpretować niż oceniać. To wielki walor tej książki.

Niektórzy akademicy (nie wszyscy oczywiście!) będą nieco kręcić nosem. Bo Franaszek łączy (inni powiedzą: miesza) porządki dyskursu. Przywołuje listy, a także teksty niepublikowane (mając dostęp do archiwum poety ) oraz utwory literackie (osobliwie, i głównie, wiersze), które interpretuje „dośrodkowo”, to znaczy odnosząc je właśnie do biografii. W polskiej tradycji badawczej twórczość interpretuje się raczej „odśrodkowo” – odnosząc utwory do rzeczywistości pozabiograficznej (czyli do rozmaitych: filozoficznych, historycznych, estetycznych kontekstów). Koncept, by w utworach literackich dostrzegać wytłumaczenie (ilustrację? prezentację?) postaw życiowych pisarza można z jednej strony tłumaczyć psychoanalitycznymi skłonnościami komentatora, ale z drugiej – inspiracją anglosaską (na przykład) szkołą biografistyki.

W istocie książka Franaszka to połączenie biografii i monografii poetyckiej. Sam autor wskazał na tę cechę (inni powiedzą: skazę) – która da się odczytać również jako niepowtarzalny rys kompozycyjny – deklarując własny, ostateczny zamiar: „Wiesz dobrze, że na temat tak zwanego dzieła napisano już Himalaje tekstów, nie dodasz tu wiele, to jego Zycie, bez porównania mniej znane, frapujące, niezwykłe, jest Twoją opowieścią – musiałem sobie w końcu powiedzieć.” Co z tej metody wynika? Zapewne jakaś konfuzja dla fachowców (badaczy literatury) ale też frajda czytelnicza. Bo nie ma co kryć: książka Franaszka to „jazda obowiązkowa” dla wszystkich tych, którzy zainteresowani są życiem i dziełem Miłosza. Zarówno miłośników jego pisarstwa, jak i tych, którzy zamierzają pogłębić własne studia nad twórczością pisarza. Śmiem twierdzić, że to już pozycja, dla jednych i drugich, kanoniczna.

Jest wszakże jedno „ale”. Wyraźnie widać pewną dysproporcję w kształcie książki. Opracowanie Franaszka jest nadzwyczaj wnikliwe, drobiazgowe – można by rzec – i uważne, jeśli idzie o czasy „przed Noblem”. Lata ostatnie życia i pisarstwa autora „Zniewolonego umysłu” to raczej skrót i zarys. Rozumiem, że to efekt presji, by biografia Czesława Miłosza pojawiła się w roku jubileuszowym, w momencie celebracji. Oznacza to jednak, że dzieło wymaga rozwinięcia, choćby w kolejnej rozszerzonej edycji. Bo weźmy chociażby takie zdanie Franaszka traktujące o aktywnościach Czesława Miłosza w latach 90. XX wieku: „…udzielał wywiadów, brał udział w audycjach radiowych i programach telewizyjnych, wypowiadał się w filmach dokumentalnych, uczestniczył w promocjach, publicznych dyskusjach, przygotowywał dziesiątki wykładów, fundował i przyznawał własną nagrodę literacką, współorganizował kolejne amerykańsko – polskie seminaria poetyckie, patronował, upominał się o pamięć o zmarłych poetach, wynajdował i nagłaśniał książki młodych pisarzy.” Ileż tu wątków, problemów, zjawisk! Żeby tylko przybliżyć kilka: autor „Trzech zim” brał bardzo aktywny udział w tamtych czasach w gorącej dyskusji nad (domniemanym?) odradzaniem się idei endeckich, stając, na łamach, choćby „Gazety Wyborczej” w gronie tych, którzy przed owym (domniemanym?) renesansem myśli narodowo – demokratycznej przestrzegali. A działalność promocyjna? Przecież gdyby nie artykuł Miłosza o powieści Tomka Tryzny pod tytułem „Panna Nikt” (jako o pierwszej polskiej książce postmodernistycznej – skądinąd to mocno kontrowersyjna teza), nikt by o tej powieści tak naprawdę nie usłyszał, a Andrzej Wajda nie nakręciłby (nieudanego, niestety) filmu opartego na kanwie jej fabuły. O tym wszystkim chciałoby się przeczytać więcej, tak samo jak chciałoby się dowiedzieć o życiu osobistym Noblisty, o jego małżeństwie z Carol – przynajmniej w stopniu tak szczegółowym (i jednocześnie – tak wyważonym), jak opisane zostało pierwsze małżeństwo Miłosza i jego artystyczno – publicystyczna działalność „przed Noblem”.

Nadmierne narzekania byłyby wszakże grzechem. Andrzej Franaszek podjął się doprawdy wielkiego wyzwania i – trzeba przyznać – podołał mu. Biografia ma imponujący wymiar i trzeba pochylić się w podziwie dla pracowitości i warsztatu autora.

No dobrze, ale jaki Miłosz wyłania się z kart tej jakże obszernej książki? Przede wszystkim biografia Franaszka obala społecznie potoczny mit o autorze „Traktatu poetyckiego” jako o dziecku szczęścia i człowieku nieustannego sukcesu. Passusy o okresach biedy czy też prawdziwej nędzy (przedwojennej czy emigracyjnej – we Francji); fragmenty o rozmaitych dramatach osobistych i rodzinnych (choroba i śmierć pierwszej żony, śmierć drugiej, choroba psychiczna młodszego syna Piotra) wywierają na czytelniku wielkie wrażenie. Zwłaszcza, że – jak się rzekło – Franaszek niczego nie zdaje się ukrywać, jednocześnie pisząc o sprawach drażliwych w sposób tyleż taktowny, co obiektywny. Podobnie rzeczy się mają, gdy podejmuje kwestie w biografii Miłosza zagmatwane, niejasne i nie do końca jeszcze wyjaśnione, jak choćby sprawa litewskiego paszportu okupacyjnego, okoliczności wyboru emigracyjnej drogi na początku lat pięćdziesiątych czy też relacji – co tu kryć – romansowych poety z rozmaitymi, często publicznie znanymi, kobietami.

Czesław Miłosz jawi się zatem w tej biografii jako pełnokrwisty człowiek i subtelny, intelektualny pisarz. Zmagający się z licznymi, na ogół dość wysublimowanymi (filozoficznie, egzystencjalnie, religijnie) dylematami w swej twórczości, ale także jako ktoś, kto stawał w realnym życiu wobec naprawdę poważnych konkretnych problemów. Książka Franaszka to rzecz o człowieku niebagatelnym, którego życie może być – dla nas czytających – nauką. Jeśli tylko dobrze, uważnie i rozumiejąco ją przeczytamy.

Tekst – pierwotnie opublikowany na macierzystym blogu Jarosława Klejnockiego „Raptularz końca czasów” – w nieco zmienionej formie ukazał się w czerwcowym wydaniu magazynu „Nowe książki” [Administrator]

Data dodania: 1 czerwca 2011

Ta impreza dla dzieci miała w Muzeum Literatury swój debiut w zeszłym roku. 29.05.2011 odbyła się jej druga edycja. I znowu sukces: tabuny dzieci z rodzicami, atrakcyjny program, padający na nos – ale usatysfakcjonowani mam nadzieję – pracownicy naszej instytucji. Tym razem zabawy, gry, tańce, warsztaty itp. odbywały się pod hasłem hiszpańskiej fiesty (współorganizatorem był Instytut Cervantesa).

Muzeum Literatury po raz kolejny pokazało się jako miejsce przyjazne dzieciom i ich rodzicom. Patrzyłem na twarze dzieciaków wychodzących – zadowolone (by nie rzec: uszczęśliwione). A jak wiadomo – radość dziecka: bezcenna rzecz.

Wszystko to nie byłoby możliwe bez dotacji z miejskiego Ratusza (którą otrzymało Stowarzyszenie Przyjaciół Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza), za co niniejszym dziękuję serdecznie.

Ale żadna impreza nie mogłaby się przecież odbyć bez pracy konkretnych osób, bez ich zaangażowania.

Nie wyobrażam sobie zatem Pikniku Literackiego bez wkładu pracy kustosz Marii Śledzianowskiej i kustosz Elżbiety Szymańskiej, kustosz Ewy Wygnańskiej bez poświęcenia kustosz Grażyny Ryfki a także innych, licznych, pracowników Muzeum.

Ale specjalne podziękowania należą się Małgorzacie Kacprzak–Kicior z internetowego sklepu maciejkowo.pl. To jej inwencja, upór, zaangażowanie, pomysłowość doprowadziły do naszego wspólnego sukcesu. Maciejkowo.pl jest, obok Muzeum, głównym współorganizatorem imprezy, a także dostarczycielem licznych edukacyjnych zabawek i gier, z których korzystały przejęte dzieci podczas, drugiego już, pikniku.

W przyszłości planujemy dalsze edycje Pikniku Literackiego, zamierzamy nawiązać współpracę z innymi Instytutami Kultury: włoskim, francuskim, niemieckim. Z maciejkowo.pl na pewno uda nam się zorganizować kolejne wspaniałe przedsięwzięcia.

Data dodania: 15 maja 2011

Procedury są istotą urzędniczego zajęcia; nie ma co kruszyć kopii w tej kwestii. Rzecz jest jasna jak słońce i tyle. Więcej trzeba powiedzieć: ustabilizowana proceduralność urzędu stanowi o jego jakości. Przewidywalność, klarowność i transparentność rozporządzeń oraz działań pracowników budzi zaufanie, bo ufundowana jest na swego rodzaju stabilności. Znamy to wszyscy z naszego codziennego doświadczenia.

I nasze Muzeum też jest swego rodzaju urzędem, choć, mam nadzieję, nie przypomina w żadnej mierze „Urzędu” Tadeusza Brezy. Ani też drzwi do naszej instytucji nie przypominają „Spiżowej bramy” tegoż autora. A nasze korytarze w żadnej mierze nie są podobne do tych, które opisał pewien żydowski pisarz, mieszkający w Pradze, a tworzący swe dzieła po niemiecku.

Rutyną zatem jest tzw. obrót dokumentów, te wszystkie czynności biurokratyczne. A jednak gdy nadchodzi poczta, z niejakim zainteresowaniem siadam do wertowania „Księgi Dokumentów” (jak ją nazywam). Co dziś w niej znajdę, kto do nas napisał, jaką niespodziankę (jeśli w ogóle) zaoferuje mi ta dziwaczna koperta?

I rozczarowania też są oczywiste i przewidywalne. Znów pismo w sprawie wypożyczenia muzealiów; list od dyrekcji Innego Muzeum, w którym widnieje zgoda na to, byśmy i my coś wypożyczyli na którąś z naszych wystaw; zamówienie na skany, które śle kolejna doktorantka chcąca wzbogacić swą dysertację o materiał ilustracyjny; zaproszenia na wernisaże, sesje, spotkania, pokazy w rozmaitych placówkach kulturalnych; Ważne Pisma od naszych Organizatorów; Rozporządzenia z wielu Poważnych Instytucji, które jakoś tam nadzorują, monitorują, kontrolują naszą pracę. Uff!

Rutyna spogląda z wielu tych wszystkich papierów, które przynosi codziennie listonosz. Ale każde przybycie listów, mimo to, wciąż budzi delikatną ekscytację. Bo w naturze poczty zawarta jest obietnica: czegoś nowego, niezwykłego, z dalekiego świata… Przesyłka pocztowa synonimizuje niespodziankę, chwilowe wyrwanie z rzeczywistości, odmienność. I nawet jak potem okazuje się, że przybyła kolejna porcja zrutynizowanych papierów, ta ułomna epifania spotkania z czymś Nowym oferuje urzędnikowi chwilę uwznioślenia. Takie to pocieszenie.

Data dodania: 21 kwietnia 2011

Z parkingu przy Wisłostradzie, gdzie zostawiam samochód, moja droga do pracy wiedzie najpierw przez skwer wzdłuż budynku nr 14 przy ulicy Bugaj. Po lewej mijam plac zabaw dla dzieci. Jaka by nie była pora roku, jaka by nie była pogoda i jaka by nie była pora dnia (czasami z rana mam spotkania służbowe na mieście, więc zdarza mi się przyjeżdżać nieco później) – zawsze jakaś wesoła i gwarna załoga buja się na huśtawkach i okupuje rozmaite maszyny zabawowe, jakie nie istniały w czasach, gdy byłem dzieckiem.

A potem… No tak, potem to najgorsze. Schody, schody, schody – bo z nich składa się „ulica” Kamienne Schodki, która przecież żadną ulicą tak naprawdę nie jest, tylko jedną wielką klatką, no właśnie, schodową. Do Brzozowej schodów jest chyba około dziewięćdziesiąt, a od Brzozowej do poziomu Rynku (czy właściwie do – prawdziwej już – ulicy Krzywe Koło) ze trzydzieści z hakiem. Jeśli akurat mam ciężką torbę (laptop, dokumenty, kilka książek) dochodzę do Rynku prawdziwie zziajany. Lepiej jest późną wiosną, latem i wczesną jesienią – bo przynajmniej nie dźwiga się na grzbiecie swetrów i kurtek, ale zimą?! Czasami mam wrażenie, że codziennie ćwiczę podejście pod jakiś miniaturowy Mount Everest.

Zapewne to tylko brak kondycji, podpowiada autoironiczny głos wewnętrzny. Zgoda. Brak kondycji. A może by mój głos wewnętrzny sam tak pozasuwał? Ciekawe, co by wtedy powiedział?

A i w samym Muzeum też schodów nam nie oszczędzono, o czym tu zresztą już pisałem. Co do Kamiennych Schodków, to czasami zdarza mi się na nich przystanąć, by popatrzeć z wysokości na Wisłostradę i Wisłę. Czasami przystawać muszę – bo przy dobrej pogodzie nowożeńcy organizują sobie na Kamiennych Schodkach sesje zdjęciowe. Wyobrażam sobie, że fotografie, odpowiednio zaaranżowane i skadrowane, mogą przynieść iluzję jakiegoś włoskiego czy hiszpańskiego miasta… Malowniczość, ździebko romantyzmu, ale też nie czarujmy się – trochę kiczu.

Kiedyś jednak stanąłem w połowie drogi, by przepuścić zbiegających, beztrosko śmiejących się nastolatków. I wtedy dotarło do mnie, że głęboko prawdziwa jest konstatacja jednego z moich uczonych przyjaciół, który w swoim eseju napisał, że bywają chwile, gdy uświadamiamy sobie, że życie jest trwającym procesem, bez początku i końca, a my tylko podłączamy się do niego (życia znaczy) na tę krótką naszą jednostkową podróż…

Jarosław Klejnocki

Data dodania: 24 lutego 2011

Pan doktor Łukasz Kossowski, szef Działu Sztuki naszego Muzeum, był łaskaw zaaranżować malarski wystrój dyrektorskiego gabinetu. Ponieważ zdradziłem, że lubię sztukę młodopolską, której dr Kossowski jest znawcą (pozwalam sobie polecić uwadze niedawno wydany album „Malarstwo Polskie. Symbolizm i Młoda Polska” autorstwa właśnie Łukasza Kossowskiego i Ireny Kossowskiej), takiż też zestaw obrazów zawisł na ścianach owego pomieszczenia.

Na ścianie południowej pojawił się symboliczny olej Ferdynanda Ruszczyca przedstawiający załom Wilejki. O tym, że symboliści potrafili być jednocześnie realistami – świadczy komentarz jednego z moich gości (bynajmniej nie znawcy czy konesera sztuki), który, rzuciwszy okiem na rzeczone płótno, wykrzyknął: „O! A tam właśnie piłem z kolegami piwo, jakeśmy pojechali do Wilna”.

Na ścianie wschodniej wiszą dwa obrazy: jeden Włodzimierza Tetmajera, przedstawiający apoteozę Polski (która niepokojąco przypomina samego Adama Mickiewicza), drugi: słynną „Balladynę” Wojciecha Gersona – imponującą zarówno wizją jak i rozmiarami.

Ścianę wschodnią okupuje portret tajemniczej femme fatale Franciszka Żmurki, obraz, który wśród odwiedzających gabinet budzi największe kontrowersje (komentarz jednej z osób: „O matko! A cóż to za ponuractwo!”). Ale ja go lubię.

Na ścianie północnej natomiast nic nie wisi, bo między oknami i kilkoma szafami zabrakło miejsca dla obrazów. Ale też dlatego siedzę do niej (ściany, znaczy się) tyłem. Sztuka bowiem łagodzi obyczaje i trzeba się nią otaczać, żeby nie zapomnieć, że artyzm ma za zadanie wydobywanie z nas lepszej części naszej natury.

Niemniej jednak miałem w pewnym momencie szatański plan, by tę – przecież piękną skądinąd – sztukę malarską skontrapunktować, zawieszając gdzieś w jakimś kąciku (wszak jednak „literacki”) wytwór z rejonu Karaibów. Mianowicie: skrzyżowane piszczele pod czaszką z napisem „Dead men tell no tales”.

Ale zabrakło mi śmiałości.

Jarosław Klejnocki

[fot. Maciek Bociański / ML]

Strona 5 z 6« First...23456
O autorze
dr Jarosław Klejnocki - dyrektor Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza, pisarz, poeta, eseista i krytyk literacki. Adiunkt w Instytucie Polonistyki Stosowanej UW. Jego wiersze, eseje i artykuły tłumaczono na angielski, niemiecki, szwedzki, słoweński, bułgarski, węgierski, rosyjski. Ostatnia książka to kryminał "Człowiek ostatniej szansy" (WL, 2010). Współpracuje z prasą polską (m.in. "Tygodnik Powszechny", "Polityka", "Rzeczpospolita", "Kresy", "Miesięcznik Literacki", "Odra") i zagraniczną ("Chicago Review", "Die Horen").
Muzeum Literatury
Ostatnie wpisy
Archiwa
Blogi Muzeum Literatury
Copyright © 2010-2014 Muzeum Literatury