Blogi Muzeum Literatury
Media
Data dodania: 28 sierpnia 2012

Wiersz „O dzieciach” Khalila Gibrana, libańskiego poety i malarza, żyjącego na przełomie XIX i XX wieku, to rzecz arcydzielna w samej istocie (gdzieś już niegdyś o tym tekście wspominałem):

O dzieciach

Wasze dzieci nie są waszymi dziećmi.
Są synami i córkami Życia, które pragnie istnieć.
Rodzą się dzięki wam, lecz nie z was.
I chociaż z wami przebywają, nie należą do was.
Możecie obdarzać je waszą miłością, lecz nie waszymi myślami.
Albowiem mają swoje własne myśli.
Możecie dać schronienie ich ciałom, ale nie duszom.
Albowiem ich dusze zamieszkują dom jutra, do którego nie
możecie wstąpić nawet w snach.
Możecie upodobnić się do nich, lecz nie starajcie się, aby one
stały się do was podobne.
Albowiem miłość nie cofa się wstecz ani nie ociąga się, by
pozostać w dniu wczorajszym.
Jesteście łukami, z których wystrzelono wasze dzieci jak żywe
strzały.
Łucznik dostrzega cel na drodze do nieskończoności i napina
was Swą mocą, aby Jego strzały pomknęły szybko i daleko.
Niech napięcie dłonią Łucznika napełni was radością:
Albowiem Ten, który kocha lecącą strzałę, nie mniej miłuje
nieruchomość łuku.

Mowa tu o dwóch kwestiach fundamentalnych: autonomii dziecka jako samoistnej Istoty oraz dojrzałości rodzicielskiej. Tej pierwszej nie ma jednak bez drugiej.

Wielki tekst.

[Wpis ukazał się pierwotnie na blogu „Raptularz końca czasów” – Administrator]

Data dodania: 26 lipca 2012

Krzysztof Varga kilka razy już przyznał – w rozmaitych wywiadach czy rozmowach – że licznych swoich bohaterów literackich niespecjalnie lubi, bo są, na swój sposób, często odrażający.

I chyba tak właśnie jest również z Piotrem Augustynem, protagonistą najnowszej powieści pisarza pod tytułem „Trociny”. No bo to niemiły typ. Malkontent, frustrat, mizantrop. Poza tym także cynik i immoralista – choć jednak starający się rozmaite swe decyzje i postawy jakoś tam w kategoriach etycznych opisywać czy uzasadniać. Zatem – pierwsza przestroga – należy wystrzegać się pochopnych utożsamień tegoż głównego bohatera z autorem, oczywiście jeśli w ogóle któremuś z czytelników przyjdzie taki pomysł zbyt szybko do głowy.

Cała książka jest w zasadzie monologiem tegoż antypatycznego bohatera – i to raczej monologiem wewnętrznym – uwięzionego w pociągu Inter City relacji Warszawa – Wrocław, który to pociąg stoi przez wiele godzin w środku kompletnie niczym niewyróżniającego się pola gdzieś za Poznaniem.

Monologi – a zwłaszcza monologi wewnętrzne – dobrze wychodzą Krzysztofowi Vardze, by wspomnieć tylko brawurową „Tequilę” sprzed ponad 10 lat. Ów wylew frustracji, pretensji – do świata, Polski i siebie samego – jaki tryska spod palców Piotra Augustyna bębniącego z pasją na klawiaturze służbowego laptopa i spisującego swe opinie, przemyślenia, obserwacje – świetnie się czyta.

A ponieważ jest to tekst konfesyjny, znaczy zwierzeniowy, bohater Vargi nie uznaje hamulców autocenzury. Jego własna opowieść jest mocna, miejscami nadzwyczaj brutalna – uderzająca w tabu i mająca gdzieś zalecenia politycznej poprawności.

Augustyn, pięćdziesięcioletni pracownik średniego szczebla jednej z dużych korporacji, której siedziba, jak wielu innych podobnych firm, mieści się na warszawskim Służewiu (Służewie?) Przemysłowym, nie ma złudzeń – ani co do siebie, ani świata.

A osobliwie do naszej polskiej tożsamości, literatury, kultury, obyczajowości, religijności, sztuki czy w ogóle rozwiązań społecznościowo – cywilizacyjnych a la Polacca.

Mówiąc więc kolokwialnie – jedzie równo po wszystkim.

Czyli: po polskim katolicyzmie, który on – człowiek ateistyczny z wyboru i życiowego doświadczenia – widzi paradoksalnie pogańskim, cepeliowym i sytuacyjnym; więc swoiście powierzchownym, hipokrytycznym, zwłaszcza w ludowym, masowym wcieleniu. To, mówiąc trochę językiem Krzysztofa Vargi (więc językiem naturalistycznym, nie uchylającym się przed skatologią) „nieprzetrawione” doświadczenie religijności miesza się z kompletnym niezrozumieniem świata – zwłaszcza przez starsze pokolenia (więc generacje rodziców głównego bohatera), na które to niezrozumienie nakłada się jeszcze – równie nieprzetrawione – dziedzictwo PRL-u. Ojciec Piotra Augustyna, chłop awansowany z mazowieckich opłotków, wierzy w PRL, matka – raczej w Opatrzność Boską. Powiada więc bohater w pewnym miejscu swego soliloqium, że prawdziwymi jego rodzicami byli właśnie Boska Opatrzność z Polską Ludową… Już widzimy więc, że istotą tej opowieści będzie i satyra, i groteska.

Po kulturze korporacyjnej jedzie dalej Krzysztof Varga, po toksycznych relacjach dzieci – rodzice, po infrastrukturze kraju (z akcentem na infrastrukturę kolejową zwłaszcza), po snobistycznym modelu życia opartym na kserokopiowaniu egzystencji celebryckiej (jeśli to w ogóle egzystencją nazwać można), po rozbrykanej w kiczu współczesnej estetyce i jej polskich wcieleniach, po schyłkowinteligenckiej i pazerno – prymitywnej chłopskiej mentalności. A nawet po brzydocie Warszawy i mazowieckiego (choć nie tylko) pejzażu.

Piotr Augustyn, jak powiedziano, jest malkontentem i mizantropem – nie podoba mu się zatem prawie nic. Jest współczesnym światem i współczesną Polską – z jej cywilizacyjno – kulturowo – polityczną inkarnacją – zwyczajnie zmęczony. I nienawidzi tego świata i tej Polski, tak jak nienawidzi siebie – bo uległ temu światu, i tej Polsce i dał się wpisać w model funkcjonowania jednostki w tymże świecie (choćby akceptując, mimo śladów kontestacji, korporacyjny styl pracy).

Piotr jest jednak także współczesnym dandysem: uwrażliwia go piękno, którego poszukuje wokół, ale które znajduje tak naprawdę tylko w muzyce klasycznej, zwłaszcza barokowej, oferującej mu przeżycia metafizyczne, jakich nic w otaczającym go świecie, łącznie religią zaoferować mu nie może…

Bohater Krzysztofa Vargi przypomina nieco protagonistę „Dnia świra” Marka Koterskiego czy też protagonistkę książki Bożeny Keff pod tytułem: „Utwór o matce i ojczyźnie”. „Trociny” bowiem to powieść zarówno rozliczeniowa, jak i krzywe zwierciadło, przystawione nam wszystkim gombrowiczowskim gestem.

Przestroga druga zatem – to nie powieść realistyczna, tylko na swój sposób zaangażowana. Zaangażowana, by tak rzec negatywnie, co ją odróżnia wyraziście od rozmaitych projektów pozytywnego zaangażowania, będących dziś domeną zwłaszcza lewicowych czy nawet lewackich środowisk.

Varga nie jest jednakowoż drugim (trzecim, czwartym itd.) Gombrowiczem i nie aspiruje do takiej – pretensjonalnej trzeba by rzec – pozycji. Bliżej mu być może do Mario Vargas Llosy, który w swej wiekopomnej powieści „Rozmowa w Katedrze” zadaje pytanie: „Czemu Peru tak się skurwiło?” W „Trocinach” Krzysztof Varga zdaje się pytać – choć nie wprost, tylko implicytnie – czemu wszyscy daliśmy się skurwić? Czemu pozwoliliśmy na skurwienie świata?

To niepokojąca i poruszająca powieść. Dawno temu, zaraz po przełomie 1989 roku, środowisko słynnego podówczas literackiego pisma „Brulion” postulowało, by w debacie publicznej języki prywatne stały się oficjalnymi. Innymi słowy – byśmy mówili, co naprawdę myślimy. Poglądy i oceny Piotra Augustyna są niekiedy tak brutalne w swej bezkompromisowości, że aż cierpnie skóra. Ależ jakże prawdziwe są w swej jednoznaczności! Te wszystkie bezpardonowe zdania wobec rodziców, których kultura i rozmaite normy superego każą nam kochać, te wszystkie brutalizmy wobec obłudnych postaw, jakie zajmujemy w społecznym bytowaniu, wypowiadane przez Piotra Augustyna! Nie lubię go, nie chciałbym go kiedykolwiek spotkać, mieć z nim do czynienia, ale – czytam go zaintrygowany, bo – wstyd przyznać – jego tyrady chociażby przeciwko polskiemu teatrowi współczesnemu czy kinu, nie mówiąc już o rozmaitych innych przejawach pop – kultury, jakoś tam – choć o niepokojące skądinąd – korespondują z moimi własnymi.

„Trociny” to powieść o skarleniu naszej rzeczywistości i skarleniu nas samych w tejże. Ten dandys Piotr Augustyn, którego da się nawet polubić mimo jego mizantropii, nie zawaha się, by wykroczyć poza wszystkie ludzkie normy, kiedy tylko oceni, że jego pozycja w świecie jest zagrożona. Dokona moralnej transgresji po to, by móc dalej pracować na zdobytym stanowisku w korporacji i cieszyć się niemałymi dochodami, pozwalającymi na cieszenie się klasyczną muzyką jako odtrutką za małość, jaka na co dzień jest jego udziałem. To memento i ostateczna – dla nas – przestroga.


Krzysztof Varga, Trociny, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2012

[Tekst ukazał się pierwotnie na blogu „Raptularz końca czasów” – Administrator]

Data dodania: 25 czerwca 2012

Z Henrykiem Berezą spierałem się przez wiele lat. Ze wstydem przyznaję, że ze dwa, trzy razy nieelegancko. Poglądy tego arcykrytyka na literaturę wkurzały mnie jednak mocno, takie chciałbym dać sobie usprawiedliwienie.

Nie podzielałem niemal wszystkich jego rozpoznań i diagnoz, twardość jego tez budziła moją irytację. Źle znosiłem jego niechęć do polemik, poczytywałem ją często za przejaw arogancji wobec młodszego (o wiele lat!) krytyka.

Ale dane mi było też poznać Henryka Berezę – człowieka. Ujmującego i ciepłego w relacjach towarzyskich. Jakby nieśmiałego – mimo swej pozycji i dokonań – i wciąż, mimo wieku, dziwiącego się światu.

Siedzieliśmy kiedyś w jakiejś snobistycznej krakowskiej knajpie (przy okazji któregoś z tych festiwali literackich, jakich wiele) w większym gronie. Piłem malibu z mlekiem, a pan Henryk tylko kiwał zdegustowany głową: „No żeby alkohol z mlekiem! Któż to widział?”

Przeczytał chyba wszystko. Jego nie przerosły nasze biblioteki, co dekretował niegdyś Gombrowicz. O cokolwiek pytany, zawsze miał swoje zdanie (nawet jeśli interlokutor – jak ja często – aż podskakiwał słysząc jego opinię).

Dosłownie kilkanaście dni przed śmiercią odwiedził nasze Muzeum. Przybył, mimo że chodzenie sprawiało mu już wielką trudność, by uświetnić swą obecnością spotkanie promujące najnowszą książkę Mariana Pilota. Powitałem go u progu i przypomniałem się, choć mam wrażenie, że i tak mnie nie skojarzył. A potem poprowadziłem go, trzymając mocno poda ramię, po naszych krętych schodach. I powitałem w tych kilku słowach wstępnych, których przywilej wygłoszenia przynależy do dyrektora instytucji. Koło się zamknęło i chciałbym wierzyć, że te minuty, gdy pomagałem panu Henrykowi wspinać się do sali audiowizualnej stanowią odpłatę za te nieeleganckie gesty krytycznoliterackie, które niegdyś popełniłem.

Zdaje się, że był kompletnie bezinteresowny w swej miłości do literatury. Takich ludzi już nie ma. I nie będzie.

Na fotografii: Henryk Bereza w Muzeum Literatury. 22 maja, promocja książki Mariana Pilota i Adama Wagi. Fot. Maciek Bociański / ML

Data dodania: 4 maja 2012

Byliśmy ostatnio z Andrzejem S. Kowalczykiem w Radomiu (w tamtejszej Bibliotece Miejskiej) na spotkaniu promującym książkę „Buntownik – Cyklista – Kosmopolak” (zawierającą szkice o osobie i twórczości Andrzeja Bobkowskiego), którą ML wydało pod koniec zeszłego rok w koedycji z Biblioteką „Więzi”.

W 2011 roku minęło 50 lat od przedwczesnej (czyż nie istnieje inna?) śmierci autora „Szkiców piórkiem”; chcieliśmy tą publikacją uhonorować ową rocznicę, zwłaszcza, że osoba (i twórczość) Bobkowskiego jest nam, Andrzejowi i mnie, nadzwyczaj bliska.

Wystąpiliśmy więc jako redaktorzy naukowi owej książki, reprezentując wszystkich autorów, w tym także siebie (bo obaj popełniliśmy również, oprócz redakcji, szkice interpretacyjne).

Spotkanie było udane: pełna sala, prawie półtoragodzinna rozmowa, żywa reakcja publiczności. Kupiono nawet kilka egzemplarzy. Czegóż chcieć więcej?

Z Andrzejem wypracowaliśmy – w boju – jakąś w miarę przystępną poetykę mówienia o pisarzu i jego dokonaniach; mam wrażenie, że nie nudziliśmy. Świetnie. Teraz już możemy jeździć po Polsce i odgrywać ten show. Bez ironii i sarkazmu. Bobkowski potrzebuje tego.

Jego dorobek zasługuje na uwagę, na czytelników. W czasach chaosu aksjologicznego przyda się ten jego głos z przeszłości, a wszak aktualny . Z jednej strony – pełen dezynwoltury i inteligenckiej chuliganerii (w twórczym rozumieniu tego sformułowania) – a z drugiej strony – broniący imponderabiliów.

Zawsze, kiedy przypominam sobie życiorys Bobkowskiego, nie mogę ukryć żalu. Ten pisarz, tak nie – po –polsku afirmujący życie, ten entuzjasta egzystencji spełniającej się w codzienności, ten miłośnik fizycznej aktywności – jednocześnie niezaniedbujący sztuki refleksji i krytycznego, indywidualnego oglądu świata – zmarł stanowczo zbyt młodo. Czegóż jeszcze mógłby dokonać, jakimi tekstami nas obdarzyć?

Żył niespełna 48 lat. Na razie przeżyłem go o rok. „Żyję dłużej niż wszyscy młodo zmarli poeci” – powiada w jednym z swych wierszy Marcin Świetlicki.

Data dodania: 18 kwietnia 2012

Bardzo ładnie wygląda z okien czytelni Muzeum Literatury. Zwłaszcza późną wiosną, latem oraz wczesną jesienią. Wtedy, gdy działają ogródki kawiarniane, przechodzą wycieczki, gra katarynka, jest ciepło i w ogóle chce się żyć.

W dżdżyste dni późnojesienne, gdzieś w zaawansowanym listopadzie na przykład, albo później – pod koniec stycznia, w lutym, a nawet na początku marca widok tego wyludnionego wtenczas placu potrafi tylko pogłębić depresyjne nastroje.

„Starka”, jak mawiało się o Starym Mieście w latach mojej licealnej czy studenckiej młodości to była przestrzeń ucieczki. Chadzało się tu na wagary, żeby trochę – bez celu – bobrować po zaułkach, poszwendać się, poczuć aurę innego miasta niż to gdzie indziej: gdzie się mieszkało czy załatwiało jakieś młodzieńcze interesy. Albo żeby posłuchać amatorskich zespołów muzycznych, które wtedy licznie zaludniały przestrzeń Starówki. Pewnie musiałem słuchać też Andrzeja Stasiuka, który w tamtych czasach pogrywał na bongosach w zespołach koleżeńskich. Tak, Stare Miasto bywało ucieczką od codzienności, od szkolno – domowej rutyny życia.

W heroicznych latach stanu wojennego toczyły się tu bitwy z milicją i odbywały się patriotyczne manifestacje. W komisariacie na Jezuickiej (mijam tę kamienicę często, w zawodowych podróżach) zakatowano na śmierć Grzegorza Przemyka, mojego rówieśnika, uzdolnionego poetę, któremu okrutny los nie dał wypowiedzieć się w pełni…

Dziś przemierzam wyboisty bruk Rynku w drodze do pracy. Pracować w tak romantycznym miejscu to przywilej, jednak… Właśnie rutyna codzienności potrafi to miejsce uzwyczajnić, uczynić codziennym, to znaczy obedrzeć z niezwykłości, która tak rajcuje turystów i chwilowych przybyszów.

Data dodania: 7 marca 2012

Po pierwsze za liryzm i ładunek emocji zawarty w jego wierszach. Po drugie za niepodrabianą neoromantyczną erotykę, gdzie kobietę skrywa tajemniczy woal niedopowiedzenia, a miłość chodzi, jak to ujął zupełnie inny poeta, bezkarnie, w ubraniu błazna ptaka czy anioła. Po trzecie za nieuczesany życiorys, w którym heroizm najwyższego lotu miesza się z momentami upadku. Po czwarte – empatycznie – za cierpienie, które tego człowieka dotknęło w życiu. Po piąte za ludzkie słabości, których sam nie ukrywał. Po szóste za bezkompromisowość w czasach, w których trzeba było za nią płacić. Po siódme za umiarkowane korzystanie z oferowanych mu luksusów w czasach, gdy – zapewne – mógł mieć wszystko. Po ósme za to, że często potrafił być bezinteresowny – zarówno w życiu jak i tekstach. Po dziewiąte, że jako poeta bywał zazwyczaj po stronie pokrzywdzonych. Po dziesiąte – za to, co pisze o nim Marek Hłasko w „Pięknych, dwudziestoletnich”. Po jedenaste za temperament twórczy. Po dwunaste za talent poetycki. Po trzynaste za rytm i rym. Po czternaste za właściwie stosowany patos. Po piętnaste – że wciąż jest zagadką…

Data dodania: 17 lutego 2012

12.01.2012 zmarł w Warszawie poeta Krzysztof Gąsiorowski. Nie byliśmy znajomymi, choć poznałem osobiście Krzysztofa (z wszystkimi, zdaje się, od razu przechodził na „ty”) podczas obrad jury jednego z konkursów poetyckich, jakie organizował – już lata temu – Staromiejski Dom Kultury.

Przyglądałem mu się, ciekawy – był jednym z tych, którzy umieją i lubią dyskutować, rozmawiać. Poza tym miał swoje zdanie, którego lubił bronić i zapalał się w dyskusji. Słyszałem, że umiał być duszą towarzystwa, co nie dziwi – wszak życie literackie i okołoliterackie poeci Orientacji Hybrydy wiedli bujne.

Gąsiorowski był poetą niedocenionym i miał tego niedocenienia głęboką, dojmującą świadomość. Co prawda wiele zrobił, by sobie zaszkodzić: mnie na przykład niezwykle przeszkadzała jego lojalistyczna, mówiąc eufemistycznie, postawa w czasach stanu wojennego. Ale był (jest!) poetą wartym lektury: z predyspozycjami metafizycznymi, ze smykałką do zakręcenia językiem. Ciekawe połączenie.

Przed krytyczną operacją, najwyraźniej nie mając złudzeń, ofiarował Muzeum Literatury całe swoje archiwum. Dyskretnie, bez pompy i oczekiwań.

Data dodania: 26 stycznia 2012

Uff… Po zaiste szaleńczym wysiłku, nad którym pieczę trzymał nieustannie pan dyrektor Henryk Banasiuk, udało nam się wreszcie ukończyć remont na Trawiastej. Ten budynek to dla nas małe zbawienie. Zbawienie – bo przynajmniej ta część zbiorów, która w siedzibie głównej przy Rynku miała najmniej komfortowe warunki pobytu, wreszcie znalazła godziwą przystań. Małe – bo jednak nie wszystkie kłopoty z głowy zdejmują nam te nowe powierzchnie magazynowe…

A kiedy już ruszy – a mamy nadzieję, że ruszy i to jeszcze w tym dziesięcioleciu – modernizacja siedziby głównej, będzie nam Trawiasta azylem i podporą.

Każde budowanie to jakiś rodzaj tworzenia: czy będzie to „budowanie myślenia”, o jakim pisał Martin Heidegger, czy budowanie w sensie jak najbardziej literalnym.


Otwarcie budynku na ul. Trawiastej – relacja [Admin.]

Data dodania: 9 stycznia 2012

Wysiłkiem załogi Muzeum Witolda Gombrowicza we Wsoli ruszyła oto seria pod nazwą Bibuła Literacka.

Inicjuje ją tomik poetycki Roberta Utkowskiego pod tytułem „Czarna taksówka”. Rzecz warta przeczytania, innej wszak byśmy nie publikowali.

Przekonany przez Tomasza Tyczyńskiego, kierującego wsolskim Muzeum, zostałem merytorycznym „opiekunem serii”. Mój wkład w edycję nie jest wielki i sprowadza się raczej do doradztwa i konsultingu, by tak rzec. Ale wszak miło, że jest jeszcze ktoś, kto ma zaufanie dla mego niegdyś bardzo aktywnego krytycznoliterackiego nosa.

W przedmowie do książki Utkowskiego Tomasz Tyczyński opisuje powody, dla których w ogóle Muzeum Gombrowicza, a zatem także Muzeum Literatury, podejmują wysiłek publikowania utworów pisarzy debiutujących lub dopiero co po debiucie. Najogólniej idzie o to, by robić swoje, nie oglądając się na upadek sztuki recenzenckiej, komercjalizację mediów i ogólnonarodowe biadolenie nad stanem czytelnictwa.

Tak, właśnie tak. Muzeum nie musi stać tylko na straży przeszłości i tradycji, choć są to bardzo ważne i potrzebne role. Może także dokładać – niechby i skromnych – starań, by współczesny pejzaż literacki kształtować. Opiekun serii niniejszym składa przyrzeczenie, że będzie się starał.

Data dodania: 1 grudnia 2011

Jako miłośnik rocka, odkryłem gdzieś na przełomie lat 80. i 90. XX wieku muzykę zespołu Armia. I tak się z nią zaprzyjaźniłem, że niemal całą moją drugą książkę poetycką („Miasto otwarte”) napisałem słuchając płyty pod tytułem „Legenda” (dziś już rzeczywiście legendarnej). Jakoś tak właśnie po nagraniu „Legendy” Armia została uznana za najlepszy polski zespół rockowy, a Telewizja Polska wyemitowała (co prawda późną nocą) zapis jednego z koncertów grupy.

Zespołowi przewodził charyzmatyczny wokalista – Tomasz Budzyński, występujący w tamtych czasach na scenie w charakterystycznej czapce Trefnisia(?) Jokera (?) Błazna(?). Później dowiedziałem się, że Budzyński pisze wiersze, no i przede wszystkim, że jest artystą–malarzem.

Tego lata, A.D. 2011, byliśmy rodzinnie z wizytą u Andrzeja Stasiuka i Moniki Sznajderman w ich malowniczym domu na Wołowcu. Gospodarze uprzedzili nas, że w tym samym czasie będą też mieli innych – przemiłych – gości, także z dziećmi. Kiedy dotarliśmy na Wołowiec było już ciemno, z gospodarzami i ich gośćmi witaliśmy się na tarasie, nie bardzo widząc swoje twarze. I dopiero w kuchni, przy stole i nad kieliszkiem wina uświadomiłem sobie, że siedzę naprzeciwko Tomasza Budzyńskiego.

A potem już poszło – rozmowy o literaturze i o filmach. Fajnie nam się gadało. I nagle okazało się, że Tomek właśnie napisał książkę – autobiograficzną, ale też o czasach młodości, o tamtym świecie, który jest też moim światem. I że już zaraz, jesienią, książka pokaże się na rynku.

Właśnie mamy (późną) jesień i „Soul Side Story” już jest. Nie mogłem nie zaprosić Tomasza Budzyńskiego do Muzeum Literatury. Bo to dobra książka, a autor – człowiek niebanalny i wszechstronny.

Mówi się o przypadkach, o przeznaczeniu. Jung pisał o synchroniczności zdarzeń. Więc niech będzie synchroniczność.

Strona 4 z 6« First...23456
O autorze
dr Jarosław Klejnocki - dyrektor Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza, pisarz, poeta, eseista i krytyk literacki. Adiunkt w Instytucie Polonistyki Stosowanej UW. Jego wiersze, eseje i artykuły tłumaczono na angielski, niemiecki, szwedzki, słoweński, bułgarski, węgierski, rosyjski. Ostatnia książka to kryminał "Człowiek ostatniej szansy" (WL, 2010). Współpracuje z prasą polską (m.in. "Tygodnik Powszechny", "Polityka", "Rzeczpospolita", "Kresy", "Miesięcznik Literacki", "Odra") i zagraniczną ("Chicago Review", "Die Horen").
Muzeum Literatury
Ostatnie wpisy
Archiwa
Blogi Muzeum Literatury
Copyright © 2010-2015 Muzeum Literatury