Blogi Muzeum Literatury
Media
Data dodania: 12 kwietnia 2013

Na tej wyspie, położonej pośród morza czerwonego jak wino, byliśmy kilka razy. Zjeździliśmy ją wzdłuż i wszerz i pewnie zapytani – gdzie jest dla was najszczęśliwsze miejsce na ziemi? – odpowiedzielibyśmy zgodnie: Kreta.

I nie idzie tu o wykorzenienie, o rezygnację z narodowej przynależności czy społecznych obowiązków; zwyczajnie Kreta z ziem obcych, jakie widzieliśmy, spodobała nam się najbardziej.

A najbardziej kreteńskim z kreteńskich pisarzy jest oczywiście autor „Greka Zorby” i „Ostatniego kuszenia Chrystusa”. Mistrz egzystencjalnej frazy – na nagrobku kazał sobie wyryć napis: „Nie mam nadziei na nic, nie obawiam się niczego, jestem wolny” (w innym tłumaczeniu: „Na nic nie liczę, niczego się nie boję, jestem wolny”).

Do jego muzeum w rodzinnej wsi Mirtia, dwadzieścia kilka kilometrów od Iraklionu, przebijaliśmy się wąskimi górskimi drogami. A na miejscu – niestety rozczarowanie. Muzeum zapyziałe i zakurzone, ekspozycja niezmieniana od wielu lat, wszystkie napisy – jeśli już w ogóle były – to po grecku… Cudzoziemiec nie miał czego tu szukać, chyba że władał nowożytną wersją języka Arystotelesa i Safony.

Zwiedzanie nie przyniosło oczekiwanej przyjemności. Za duszę Kazantzakisa wypiliśmy natomiast szklaneczkę doskonałego lokalnego białego wina. Obok nas, przy sąsiednim stoliku, cieszyło się życiem dwóch zorbów.

Data dodania: 14 marca 2013

Marcin Baran, jeden z bardziej znanych poetów tzw. „pokolenia brulioniu”, po dziesięciu latach poetyckiego milczenia, wraca – i to wraca udanie! – nową poetycką książką.

Tytuł tomiku kojarzy się co prawda raczej z finansjerą i bankowymi rozliczeniami, ale zawartość to już czysty liryzm. Z nim właśnie Baran był zawsze identyfikowany – u źródeł pisarstwa patronowali mu wszak Gałczyński z Leśmianem, ale też Osiecka z Młynarskim.

Zgrabny dowcip językowy, lekkość poetyckiej frazy, delikatne aluzje do twórczości innych autorów, a wreszcie zmysłowość i erotyzm – to cechy charakterystyczne tej poezji. Wszystko to znajdziemy też w tej książce.

Teraz jednak bohater liryczny wierszy Marcina Barana to mężczyzna już dojrzały, wczytujący się w szyfry przemijania – stąd zapewne owa nuta melancholijna, bardzo silnie zaznaczona w poetyckich ściegach. Tytułowa „utrata płynności” to zatem metafora odejścia od młodzieńczych czasów „górnych i chmurnych”, ale też pełnych życiowego wigoru, poszukiwań, uczuciowych i erotycznych (tak jest!) uniesień.

Nie ma chyba we współczesnej poezji polskiej autora tak pięknie pochylającego się nad zmysłowością kobiecego ciała, tak ładnie mówiącego o miłości – nie przyzywając jej wszak po imieniu. Jak chociażby w wierszu „Rumuńska pastereczka”: Przez cienisty wąwóz/kręgosłupa krucha kropelka potu wtacza się między//brzoskwiniowe pośladki. Płowa, długonoga, kształtna.” Albo w wersach „Pieśni nocy”: Oliwkowa skóra, czarna bielizna i szpilki,/ – niemal naga, na placu, w samym środku miasta.// Jest księgą, która nie pragnie i nie potrzebuje/wersów ni słońca, ni chmur.

To wiersze dla zakochanych, ale i tych, którzy w przemijaniu nie chcieliby widzieć tylko smutku. Nowe wiersze Marcina Barana zdają się mówić, że upływający czas potrafi także zaostrzyć apetyt na życie. I, mimo wszystko, intensyfikować uczucia.

Marcin Baran, Niemal całkowita utrata płynności, EMG, Kraków 2012, s. 85

Data dodania: 5 marca 2013

Pod kuratelą Jerzego Timoszewicza, niestrudzonego badacza spuścizny Jerzego Stempowskiego oraz czujnym okiem Doroty Szczerby ukazał się (wreszcie!) kompletny zbiór tekstów autora „Księgozbioru przemytników” drukowany niegdyś w „Kulturze” Jerzego Giedroycia pod szyldem „Notatnik nieśpiesznego przechodnia”. Istotne fragmenty tego dzieła pojawiały się już w znanych wyborach eseistycznych Stempowskiego, jak choćby w słynnych „Esejach dla Kassandry” czy „Od Berdyczowa do Rzymu”, ale teraz otrzymaliśmy całość.

Jerzy Stempowski, bez dwóch zdań, to nasz najwybitniejszy eseista XX wieku, współtwórca tzw. „polskiej szkoły eseju”, nauczyciel i mentor Bolesława Micińskiego, Czesława Miłosza czy Adama Zagajewskiego.

Model eseju uprawiany przez Stempowskiego to zaiste klasyka gatunku: rozległość tematyczna, rzucająca na kolana erudycja i wreszcie wdzięczność stylu. Ale przede wszystkim typ refleksji – właśnie „niespiesznej”, to znaczy będącej efektem spowolnionej, uważnej obserwacji świata.

Stempowski to wzorzec inteligenta polskiego zeszłego stulecia, a jego teksty to nader często istne perły literatury wysokiej. Pisarz równie dobrze odnajduje się w roli krytyka literackiego (np. jako interpretator niełatwej przecież twórczości Teodora Parnickiego, Stanisława Czycza czy Leopolda Buczkowskiego), diagnosty zjawisk politycznych i społecznych (patrz np. „Dialog o granicy polsko–niemieckiej”, „Idea jagiellońska” czy też „W dziesięciolecie śmierci Stalina”), komentatora kulturowych przemian (znany „Esej berdyczowski”, „O młodzieży”) jak również dowcipnego i błyskotliwego obserwatora – podróżnika (np. kolejne odcinki „Z podróży do…”).

Tej klasy pisarza – intelektualisty już nie mamy i wszystko wskazuje też na to, że mieć już nie będziemy.

Jerzy Stempowski, Notatnik niespiesznego przechodnia, Instytut Dokumentacji i Studiów nad Literaturą Polską Oddział Muzeum Literatury, Biblioteka „WIĘZI”, Warszawa 2012, T.I s.269, T.II s. 261

Data dodania: 11 lutego 2013

Wojciech Malajkat – w rozmowie z Agnieszką Kublik („Gazeta Wyborcza” z 9/10.02 2013, s. 28/29) – deklaruje, że jego ulubioną powieścią jest „Czarodziejska góra” Tomasza Manna. Co więcej, ów aktor, który niegdyś wcielił się w rolę Hamleta, a dziś jest dyrektorem Teatru Syrena (kojarzącego się z niezbyt wysublimowanym repertuarem, który to wizerunek nowy szef – od czterech już lat – stara się sukcesywnie zmieniać) zaznacza, że do tej powieści wracał w swym życiu wielokrotnie. Jeszcze więcej – podobno – „męczy” on lekturą tej książki swych podopiecznych w warszawskiej Akademii Teatralnej.

Wypada pogratulować i przyklasnąć. Kto bowiem czyta dziś Manna z własnej nieprzymuszonej woli? Odmieńcy i dziwacy? Ludzie z ambicjami intelektualnymi, dysponujący nadmiarem wolnego czasu i zarazem nadmiarem gotówki na koncie? Lektura ambitna i wymagająca kompetencji erudycyjnych odchodzi z wolna do lamusa – króluje chłam, gdzie kolejne książki Paolo Coehlo zyskują rangę filozoficznych przypowieści.

Malajkat powiada, że do „Czarodziejskiej góry” wracał wielokrotnie, że była to jego lektura formacyjna, to znaczy taka, która ukształtowała jego osobowość.

Co dziś formuje rzesze młodych (nielicznych w naszym pięknym kraju) czytelników, jeśli w ogóle literatura czy sztuka wciąż jeszcze posiada rangę formacyjną? Aż nie chce mi się o tym myśleć.

Zwierzenia Wojciecha Malajkata zainspirowały mnie (jak się dziś mówi) do refleksji nad moimi własnymi „lekturami zbójeckimi” (kojarzysz, Kotku, o czym mówię?).

Należę do pokolenia (pokolenia chłopców, jakby to ujął Artur Sandauer), które zaczytywało się w Sienkiewiczu w okresie adolescencji. Potem przyszedł Gombrowicz z jego bezwzględna krytyką polskiego przekonania o wyjątkowości („Trans – Atlantyk” i „Dziennik”) oraz krytyką naszego mesjanizmu a la Mickiewicz. No i Miłosz, ze swymi projektami epistemologicznymi i eschatologicznymi.

Ale tak naprawdę uwielbiałem Amerykanów; Rotha z „Kompleksem Portnoy’a (żaden polski pisarz, nawet Pankowski, nie był zdolny napisać czegoś takiego), Henry’ ego Millera (arcydzieła obyczajowe i świadectwa wolności seksualnej), Johna Irvinga… Polskiej prozie brakowało – i wciąż brakuje – takich pisarzy.

To są moje lektury, do których wciąż wracam.

Data dodania: 15 stycznia 2013

Z wszystkich koncepcji filozoficzno-interpretacyjnych hermeneutyka przemawia do mnie najbardziej. Wyzyskuje bowiem indywidualne parametry, by tak rzec, obcowania z dziełem literackim (lub też, jak śmiem twierdzić, z każdym dziełem artystycznym).

Przypomnijmy, że większość teoretyków z tej szkoły (np. Gadamer czy Ricoeur) akcentuje osobisty kontakt czytelnika z dziełem. Dzieło nie istnieje w sposób historyczny, jak chociażby fakty dziejowe, ono się niejako uaktywnia, ożywia, tylko w akcie lektury (a w przypadku obrazów – w akcie obserwacji). Ważne jest to, co tekst (tekst kultury) znaczy dla mnie – konkretnego odbiorcy – dzisiaj; choć oczywiście przy uwzględnieniu rozmaitych dziejowych kontekstów.

A zatem czytam tekst, a on w mojej jaźni (przy ingerencji wszystkich moich kompetencji kulturowych) staje się nagle żywym, albo też martwym, kiedy okazuje się, że nie jest w stanie do mnie przemówić. W tym drugim przypadku – nieco to wina samego tekstu (tekstu kultury), jak i mnie samego.

Hermeneuci powiadają, że idzie o zmierzenie się z przekazem artystycznym, o jego interpretację (indywidualną), a wreszcie o przyswojenie sobie – znów indywidualne – jego przesłań. To jest, w pewnym sensie, przygoda; coś jakby wyprawa w nieznane; z ostateczna obietnicą doznań.

Hermeneutyka stawia na niepowtarzalny kontakt z dziełem konkretnego podmiotu czytającego (obserwującego). Dowartościowuje mnie jako czytelnika (odbiorcę). Daje mi prawo do moich własnych rozpoznań (choć Ricoeur napomina jednocześnie, że ważna jest tu też dyspozycja intelektualno-erudycyjna konkretnej osoby, by zanadto „nie odlecieć” w percepcji dzieła).

I jest jakoś ta szkoła czytania kompatybilna jest z naturalnymi potrzebami, pardon, „konsumpcji” sztuki; przecież czytamy książki (także obrazy, filmy, instalacje, fotografie itd.) dla indywidualnej satysfakcji. Dla uniesień, olśnień, inspiracji. A także, żeby nasze życie było jakieś lepsze. Bogatsze?

Data dodania: 26 grudnia 2012

W ramach wciąż jeszcze trwających Świąt (czytającym życzę, lekko spóźniony, Wszystkiego Dobrego) pojawiliśmy się całą rodziną w domu mojej mamy, który był moim domem rodzinnym wieki temu. Piszę „był”, a nie „jest”, bo tych domów rodzinnych miałem co najmniej trzy.

Pierwszy – małe mieszkanko przy ulicy Grenadierów na Pradze (niewiele pamiętam, ale czuję dziwny, jakby, pardon, będący echem prenatalności, sentyment), potem całkiem fajne – jak na standardy PRL-owskie – mieszkanie na rogu Czerskiej i Łużyckiej. O obu miejscach coś tam wspominałem, pisałem też o nich w „Jak nie zostałem menelem”, więc nie ma się co powtarzać… Natomiast te lokacje, gdzie żyłem wraz z rodzicami poza granicami Polski, z rzeczy samej, żadnymi domami rodzinnymi nie były.

Pozostaje zatem jeszcze ten segment, do którego wprowadziliśmy się na początku lat 80., zaraz po tym jak zdałem – w miarę przyzwoicie – maturę, a jeszcze przed egzaminami na studia. Cała kolonia tych segmentów mieści się przy Puławskiej, niedaleko za murem Toru Służewieckiego, a jeszcze trochę przed Pyrami. Wtenczas, trzydzieści lat temu, to były „mocne” przedmieścia Warszawy, gdzie nowe budownictwo jednorodzinne mieszało się z zagrodami rolniczymi i polami uprawnymi. Puławską kursowały wtedy trolejbusy, które przywrócono w stolicy po tym, jak gdzieś chyba w połowie lat 70. zlikwidowano je w centrum miasta. Ale była to tylko jedna linia – od Dworca Południowego (dziś Wilanowska) do Piaseczna. Dojazd komunikacją miejską na Uniwersytet był koszmarem i kiedyś nawet zgadaliśmy się z koleżanką mieszkającą na co dzień w Piasecznie, że ona spod Warszawy jedzie na Krakowskie Przedmieście szybciej niż ja z rogatek miasta…

Szczerze mówiąc, nie bardzo lubiłem ten segment na Grabowie, uważając za „prawdziwy” dom tamto mieszkanie na Sielcach, przy Gagarina. No ale w końcu mieszkałem tam z dziesięć prawie lat, najpierw z rodzicami, a potem sam, kiedy oni pojechali na kolejną zagraniczną placówkę, a ja właśnie kończyłem polonistyczne studia i nie zamierzałem ich przerywać… Jeździliśmy potem na Grabów wiele lat wraz z Kasią, gdy już, jako małżeństwo, przenieśliśmy się do własnego lokum na ulicę Żywnego (Górny Mokotów) i przychodziło nam odwiedzać moich rodziców w niedzielę czy Święta. Tu wreszcie, dwanaście lat temu, umarł mój ojciec, a ja asystowałem jego ostatnim chwilom (siedząc przy łóżku i czytając jakieś „S/Z” Barthesa, bo czekał mnie doktorski egzamin z filozofii), a potem wraz z mamą myliśmy ciało i ubierali je, czekając na karawan…

Więc jednak sentymenty, sentymenty, nastroje, emocje, wspomnienia…

A teraz, przy okazji kolejnej wizyty w domu, w którym niegdyś żyliśmy we trójkę, a teraz mieszka tu tylko moja mama, strażniczka pamięci i sprzętów, zajrzałem do swego dawnego pokoju na poddaszu. Przejrzałem półkę ze starymi winylowymi płytami (a tam na przykład pierwsza edycja albumu nr IV Led Zeppelin czy pierwsza płyta TSA…), objąłem lekko tęsknym wzrokiem kanapę na której spałem, biurko, przy którym siedziałem, półki, na których wciąż stoją książki, jakie opuściłem wyprowadzając się niegdyś. A w szufladach biurka znalazłem bibeloty rozmaite, dziś zakurzone, niepotrzebne, świadectwa mojego dawnego życia i moich dawnych zaangażowań. Wśród rozmaitych papierów trafił się także „rękopis” listy gości na nasz ślub i wesele w roku 1991.

Nie, nie zamierzam tu nikogo raczyć łzawymi wspomnieniami. Ta wizyta w moim dawnym pokoju, który opuściłem ponad dwadzieścia lat temu, a który wciąż trwa, niczym spetryfikowany w jakimś muzeum osobliwości, nie prowadzi mnie ku nostalgicznym wywodom. Choć może jednak trochę tak, ale na mój własny, osobisty użytek.

Owe odwiedziny mojego miejsca sprzed lat, retrospekcja mnie samego w tym miejscu zaowocowały zupełnie innymi myślami. Przyglądając się zakurzonym artefaktom mojego dawnego życia, ukrytym w szufladach, komodach i rozmaitych zakamarkach, doszedłem nagle do wniosku, że przeszłość niemal zupełnie nie dotyczy mnie dzisiejszego. Kim byłem, to byłem – otoczony przez rzeczy, uwikłany w jakieś dawne sytuacje – teraz nie ma to zupełnie żadnego znaczenia. Ja dziś niewiele mam wspólnego z tym kimś, kto wiele lat temu mieszkał na tamtym poddaszu i puszczał sobie rockową muzykę z winylowych płyt.

Moje dziś należy do zupełnie odmiennego świata, a moje jutro jest kompletnie nieprzewidywalne. A tamto poddasze jest jak list w butelce, rzucony na wezbrane fale. Odcinam linki do przeszłości, zachowując w pamięci tak, jak się przechowuje stare, czasami już wyblakłe zdjęcia, w albumie.

Kto by jednak nie był usatysfakcjonowany, temu dedykuję wiersz pod tytułem „Epigramat III (Urodziny)” – z tomiku „Skarby dni ostatecznych. Psalmy, epigramaty, lamenty, litanie” – o tym, że jednak przeszłość mieszka w nas, choćbyśmy tego nie chcieli:

Młodość powraca Przegląda się w lustrze
Wędruje po uśpionym domu Pochyla się
nad łóżkami Patrzy na twarze Zagląda do
lodówki i spiżarni Grzebie w szufladach
Wchodzi niepostrzeżenie do garażu Potem
na odchodnym głaszcze jeszcze psy a one
ruszają łapami bo śni im się przyjemność
Młodość powraca raz do roku w tę jedną
noc Niezauważona Wspominana Wolna
Beztroska

[Wpis ukazał się pierwotnie na blogu „Raptularz końca czasów” – Administrator]

Data dodania: 14 listopada 2012

Moja najnowsza kryminalna książka – właśnie ukazująca się w Wydawnictwie Literackim – nosi tytuł „Opcje na śmierć”. Tytuł uzasadniony, bo część akcji i część zagadki dotyczy działalności banków, posługujących się instrumentem finansowym, opcjami właśnie zwanym.

Wstępnie jednak taki tytuł miała nosić jedna z części powieściowych, cała książka natomiast: „I tak stałem się śmiercią”. I on miał uzasadnienie w fabule, choć może bardziej metaforyczne. No i bardzo mi się podobał.

To cytat z „Bhatgawadhity”, słowa te wypowiada Kriszna („Stałem się śmiercią, niszczycielem światów”). Wiele wieków później powtórzy je Robert Oppenheimer, patrząc na udaną pierwszą próbę detonacji bomby atomowej.

No, ale okazało się, że tytuł nazbyt literacki (nie bardzo się z tym stanowiskiem służb marketingowych WL – u zgadzałem) i że nazbyt przypomina tytuły słynnych niegdyś (a pewnie i do dziś) legendarnych kryminałów Joe Alexa (z tym argumentem już zgadzałem się bardziej).

Ale uległem, wszak po długich bojach. PR i Rynek mają swoje (wielkie!) prawa, tak przynajmniej twierdzą specjaliści. Niech będzie już tytuł bardziej dosłowny niż przenośny, mniej niż bardziej piękny literacko. Byleby się czytelnikom, czyli Państwu, podobało.

O książce więcej na stronie Wydawnictwa Literackiego – czytaj [Administrator]

Data dodania: 5 listopada 2012

Istnieją powieści kryminalne, które weszły do kanonu literatury światowej, gdyż materia ich opowieści wykraczała poza schemat zagadki w stylu: „kto zabił?”. To chociażby casus książek Chandlera. Bywało odwrotnie – arcydzieła literatury korzystały  ze schematów kryminalnych, choćby to nawet były schematy świadomie „odwrócone” („Zbrodnia i kara” oczywiście).

W dzisiejszych czasach – jak chcą niektórzy literaturoznawcy – powieść kryminalna przejmuje prerogatywy powieści obyczajowej czy realistycznej, wskutek utraty przez te gatunki wiarygodności (także stylistycznej). Może tak, może nie.

Ale czy powstające dziś opowieści kryminalne są w stanie wyjść poza horyzont własnego gatunku i dotknąć Istotnego?

Może bardziej w filmie niż w literaturze, a przykładem, który chciałbym tu przywołać jest właśnie wchodzący na ekrany obraz: „Kryptonim Shadow Dancer”. To opowieść o walce między brytyjskim wywiadem a IRA w latach 90. Coś, co z początku wygląda na połączenie thrillera z filmem szpiegowskim, przeradza się niepostrzeżenie w opowieść psychologiczną, by w finale dotrzeć do tragizmu, jaki znajdziemy u Szekspira. To uniwersalna opowieść o walce człowieka z samym sobą i z okolicznościami, o konieczności podjęcia wyboru, którego konsekwencje – cokolwiek człowiek uczyni – wybuchną dramatem.

Jak w każdej porządnej opowieści – skończy się wszystko nie tak, jak to sobie wyobrażamy. A główny bohater – agent MI5 – choć eksponuje noszony w kaburze pistolet, nigdy go nie użyje.

Data dodania: 5 września 2012

Artur Rimbaud, jak wiadomo, wszystko, co najważniejsze napisał jako nastolatek. Jarosław Iwaszkiewicz swoje najpiękniejsze wiersze stworzył niemal tuż nad grobem. Woody Allen swoje najciekawsze filmy nakręcił lata temu, a teraz – na starość – kręci rozdęte do granic absurdu spoty reklamowe kolejnych europejskich miast (dających mu kasę na te przedsięwzięcia), do których doczepiana jest jakaś mało istotna fabuła. Clint Eastwood przeciwnie – za młodu grał w spaghetti westernach (które, choć kiczowate, jednak jakoś lubię), reżyserował nieistotne filmy – a potem, już niemal jako emeryt, zyskał nagle oddech i dał światowej kinematografii kilka, co najmniej, arcydzieł (np. „Bez przebaczenia”; „Co się wydarzyło w Madison County”).

W świecie twórczości artystycznej zdają się funkcjonować dwie szkoły: szybkiego spełnienia i długiego trwania (tu nieco za Braudelem). Równa, długa kariera to raczej wyjątek, jakby fenomen. Oczywiście, przedstawicieli tej trzeciej wersji tworzenia też zda się znaleźć całkiem sporo, ale…

Ale, no właśnie. Kariery „z początku”, albo „z końca” życia wydają się bardziej, hm, malownicze. Tym pierwszym przyświeca gwiazda kaskaderstwa, tym drugim zdumienia (czytelniczego olśnienia).

Młodym buntownikom przynależy zazwyczaj prawo transgresji, któremu ulegamy z podziwem, studiując ich dzieła. U starych mistrzów urzeka nas – znów zazwyczaj – mądrość, której nam samym brakuje.

I żałujemy też często, że energia młodości, świeżości i buntu gdzieś jakoś szybko opuszcza naszych ulubieńców; a także współczujemy starym mistrzom, kiedy opuszcza ich z czasem wena.

Nie umiem powiedzieć, który scenariusz darzę większą rewerencją. Ale – po namyśle – chyba ten późnego spełnienia. Bo jednak bunty i niepokorności wieku młodzieńczego wydają się, no właśnie, oczywiste? A obserwowanie późnej erupcji talentu – jakoś jednak fascynujące?

Choć też, przypominam sobie od razu, sarkastyczną wypowiedź Tadeusza Konwickiego, że jak ktoś pisać nie umie, ale z osiem powieści napisze, to przy dziewiątej już się jakoś nauczy.

[Wpis ukazał się pierwotnie na blogu „Raptularz końca czasów” – Administrator]

Data dodania: 28 sierpnia 2012

Wiersz „O dzieciach” Khalila Gibrana, libańskiego poety i malarza, żyjącego na przełomie XIX i XX wieku, to rzecz arcydzielna w samej istocie (gdzieś już niegdyś o tym tekście wspominałem):

O dzieciach

Wasze dzieci nie są waszymi dziećmi.
Są synami i córkami Życia, które pragnie istnieć.
Rodzą się dzięki wam, lecz nie z was.
I chociaż z wami przebywają, nie należą do was.
Możecie obdarzać je waszą miłością, lecz nie waszymi myślami.
Albowiem mają swoje własne myśli.
Możecie dać schronienie ich ciałom, ale nie duszom.
Albowiem ich dusze zamieszkują dom jutra, do którego nie
możecie wstąpić nawet w snach.
Możecie upodobnić się do nich, lecz nie starajcie się, aby one
stały się do was podobne.
Albowiem miłość nie cofa się wstecz ani nie ociąga się, by
pozostać w dniu wczorajszym.
Jesteście łukami, z których wystrzelono wasze dzieci jak żywe
strzały.
Łucznik dostrzega cel na drodze do nieskończoności i napina
was Swą mocą, aby Jego strzały pomknęły szybko i daleko.
Niech napięcie dłonią Łucznika napełni was radością:
Albowiem Ten, który kocha lecącą strzałę, nie mniej miłuje
nieruchomość łuku.

Mowa tu o dwóch kwestiach fundamentalnych: autonomii dziecka jako samoistnej Istoty oraz dojrzałości rodzicielskiej. Tej pierwszej nie ma jednak bez drugiej.

Wielki tekst.

[Wpis ukazał się pierwotnie na blogu „Raptularz końca czasów” – Administrator]

Strona 3 z 612345...Last »
O autorze
dr Jarosław Klejnocki - dyrektor Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza, pisarz, poeta, eseista i krytyk literacki. Adiunkt w Instytucie Polonistyki Stosowanej UW. Jego wiersze, eseje i artykuły tłumaczono na angielski, niemiecki, szwedzki, słoweński, bułgarski, węgierski, rosyjski. Ostatnia książka to kryminał "Człowiek ostatniej szansy" (WL, 2010). Współpracuje z prasą polską (m.in. "Tygodnik Powszechny", "Polityka", "Rzeczpospolita", "Kresy", "Miesięcznik Literacki", "Odra") i zagraniczną ("Chicago Review", "Die Horen").
Muzeum Literatury
Ostatnie wpisy
Archiwa
Blogi Muzeum Literatury
Copyright © 2010-2014 Muzeum Literatury