Blogi Muzeum Literatury
Media
Kamienne schodki
Data dodania: 21 kwietnia 2011

Z parkingu przy Wisłostradzie, gdzie zostawiam samochód, moja droga do pracy wiedzie najpierw przez skwer wzdłuż budynku nr 14 przy ulicy Bugaj. Po lewej mijam plac zabaw dla dzieci. Jaka by nie była pora roku, jaka by nie była pogoda i jaka by nie była pora dnia (czasami z rana mam spotkania służbowe na mieście, więc zdarza mi się przyjeżdżać nieco później) – zawsze jakaś wesoła i gwarna załoga buja się na huśtawkach i okupuje rozmaite maszyny zabawowe, jakie nie istniały w czasach, gdy byłem dzieckiem.

A potem… No tak, potem to najgorsze. Schody, schody, schody – bo z nich składa się „ulica” Kamienne Schodki, która przecież żadną ulicą tak naprawdę nie jest, tylko jedną wielką klatką, no właśnie, schodową. Do Brzozowej schodów jest chyba około dziewięćdziesiąt, a od Brzozowej do poziomu Rynku (czy właściwie do – prawdziwej już – ulicy Krzywe Koło) ze trzydzieści z hakiem. Jeśli akurat mam ciężką torbę (laptop, dokumenty, kilka książek) dochodzę do Rynku prawdziwie zziajany. Lepiej jest późną wiosną, latem i wczesną jesienią – bo przynajmniej nie dźwiga się na grzbiecie swetrów i kurtek, ale zimą?! Czasami mam wrażenie, że codziennie ćwiczę podejście pod jakiś miniaturowy Mount Everest.

Zapewne to tylko brak kondycji, podpowiada autoironiczny głos wewnętrzny. Zgoda. Brak kondycji. A może by mój głos wewnętrzny sam tak pozasuwał? Ciekawe, co by wtedy powiedział?

A i w samym Muzeum też schodów nam nie oszczędzono, o czym tu zresztą już pisałem. Co do Kamiennych Schodków, to czasami zdarza mi się na nich przystanąć, by popatrzeć z wysokości na Wisłostradę i Wisłę. Czasami przystawać muszę – bo przy dobrej pogodzie nowożeńcy organizują sobie na Kamiennych Schodkach sesje zdjęciowe. Wyobrażam sobie, że fotografie, odpowiednio zaaranżowane i skadrowane, mogą przynieść iluzję jakiegoś włoskiego czy hiszpańskiego miasta… Malowniczość, ździebko romantyzmu, ale też nie czarujmy się – trochę kiczu.

Kiedyś jednak stanąłem w połowie drogi, by przepuścić zbiegających, beztrosko śmiejących się nastolatków. I wtedy dotarło do mnie, że głęboko prawdziwa jest konstatacja jednego z moich uczonych przyjaciół, który w swoim eseju napisał, że bywają chwile, gdy uświadamiamy sobie, że życie jest trwającym procesem, bez początku i końca, a my tylko podłączamy się do niego (życia znaczy) na tę krótką naszą jednostkową podróż…

Jarosław Klejnocki


Dodaj komentarz:

Copyright © 2010-2011 Muzeum Literatury