Blogi Muzeum Literatury
Media
Archiwum Styczeń 2014
Data dodania: 30 stycznia 2014

W toczącej się dziś coraz intensywniej dyskusji na temat kształcenia wyższego w Polsce krzyżuje się wiele wątków, a debata sprawia wrażenie o tyle wielotorowej, co chaotycznej.

Jedną z kwestii jest deklasacja studiów humanistycznych – zdaje się, że zapłonem wyraźnie intensyfikującym publiczną wymianę zdań na ten temat była niedawna decyzja władz Uniwersytetu Białostockiego o likwidacji nauczania filozofii – z powodu małego zainteresowania.

Od dobrych kilku już lat daje się zauważyć technokratyzacja życia akademickiego. Są tego dobre i złe skutki – jak przy wszystkich pewnie reformach czy przemianach. Do złych – nie ja pierwszy i nie ja jeden zaliczyłbym marginalizację humanistyki.

W myśleniu władzy wykonawczej priorytet uzyskały studia zawodowe i przyrodniczo – techniczne oraz idea powiązania kształcenia akademickiego z potrzebami rynku pracy. Akurat tam, gdzie ja prowadzę zajęcia – czyli w Instytucie Polonistyki Stosowanej Uniwersytetu Warszawskiego – takie myślenie nie jest nam obce. Jest to bowiem Instytut prowadzący rozmaite specjalizacje, pozwalające nabyć studentom zawodowe umiejętności i uprawnienia. Od nauczania w szkole (od klasy 4 podstawówki po poziom maturalny), przez pracę w mediach i redakcjach rozmaitego typu („papierowych” i „elektronicznych”), aż po terapię i lecznictwo (logopedia, w tym także kliniczna).

Niemniej jednak nasi studenci otrzymują też wykształcenie filologiczno – literackie, które jest wprowadzeniem w humanistykę w ogóle. To są bardzo wszechstronne studia – choć, jak zwykle zresztą – od konkretnego studenta zależy jak będzie chciał wykorzystać tę ofertę.

Czasami spotykam się z pytaniami: „no ale co można robić po Polonistyce?”. Odpowiadam zazwyczaj, że: „w zasadzie wszystko”. Można oczywiście pracować w wyuczonym zawodzie – jest np. wciąż duże zapotrzebowanie na logopedów i będzie ono pewnie dalej rosło, gdyż dysfunkcje logopedyczne związane są z przemianami cywilizacyjnymi, w tym również z rozwojem i udoskonalaniem diagnostyki. Wielu studentów, o których losach po ich wyjściu z uczelni coś niecoś wiem – pracuje w rozmaitych portalach internetowych i tu też można oczekiwać rozszerzania się tego segmentu zawodowego. Szkół też raczej nie zamkną i nawet jeśli zmniejsza się – wskutek chociażby przemian demograficznych – ilościowe zapotrzebowanie na polonistów/pedagogów, to przecież funkcjonuje naturalna wymiana kadr. Ale też widzę polonistów, moich byłych studentów – w telewizjach i radiach, w muzeach, domach oraz centrach kultury, w administracji, w agencjach reklamowych. Znam takich, którzy pracują w bankowości, ubezpieczeniach, przemyśle turystycznym itd. Znam też takich, którzy zostali przedsiębiorcami (z sukcesem), a nawet takich, którzy zajmują się – również z sukcesem – komentowaniem rynków finansowych.

Studia humanistyczne są bowiem, powtórzmy, wszechstronne, a zatem dają ogólną orientację, którą nazwać można (sięgając bliżej źródłowego, więc pozytywnego, znaczenia tego terminu) „dyletanctwem”. Kształtują też swego rodzaju elastyczność, umiejętności skutecznego komunikowania się, wyrabiają – znów powtórzmy, o ile kto chce i umie skorzystać – skłonność do samokształcenia.

Pisał już o tym w swych esejach, wiele lat temu, Jerzy Stempowski – ogólne studia humanistyczne poza tym, że dają człowiekowi narzędzia do odnalezienia się – także zawodowego – w świecie, to jeszcze formują intelekt i kształtują świadomego obywatela. Gdzieś tam nawet, znów kilka lat temu znalazłem incydentalne potwierdzenie tych tez: prezes jednego z działających na polskim rynku banków przyznał się w wywiadzie prasowym, że w jego instytucji, podczas rekrutacji nowych pracowników, mniejszą uwagę zwraca się na zawodowe – ekonomiczne czy bankowe – wykształcenie, a bardziej na osobowość i wszechstronność ubiegającego się o pracę. Prezes mówił mniej więcej tak: „bankowości to my takiego człowieka nauczymy już sami, a jego samodzielność i wszechstronność, ogólna wiedza i dynamiczność intelektualna to są atuty, których szukamy.”

Co tu opowiadam, by sparafrazować Czesława Miłosza, odkrywcze w żaden sposób nie jest; tak sobie głośno myślę. Mam też swoją opinię na temat szczegółowych rozwiązań – od kwestii oceny pracowników nauki, po organizację uniwersyteckiej dydaktyki.

Ale to może na kolejny tekst.

Wpis ukazał się pierwotnie na blogu „Raptularz końca czasów”

O autorze
dr Jarosław Klejnocki - dyrektor Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza, pisarz, poeta, eseista i krytyk literacki. Adiunkt w Instytucie Polonistyki Stosowanej UW. Jego wiersze, eseje i artykuły tłumaczono na angielski, niemiecki, szwedzki, słoweński, bułgarski, węgierski, rosyjski. Ostatnia książka to kryminał "Człowiek ostatniej szansy" (WL, 2010). Współpracuje z prasą polską (m.in. "Tygodnik Powszechny", "Polityka", "Rzeczpospolita", "Kresy", "Miesięcznik Literacki", "Odra") i zagraniczną ("Chicago Review", "Die Horen").
Muzeum Literatury
Ostatnie wpisy
Archiwa
Blogi Muzeum Literatury
Copyright © 2010-2014 Muzeum Literatury