Blogi Muzeum Literatury
Media
Archiwum Grudzień 2012
Data dodania: 26 grudnia 2012

W ramach wciąż jeszcze trwających Świąt (czytającym życzę, lekko spóźniony, Wszystkiego Dobrego) pojawiliśmy się całą rodziną w domu mojej mamy, który był moim domem rodzinnym wieki temu. Piszę „był”, a nie „jest”, bo tych domów rodzinnych miałem co najmniej trzy.

Pierwszy – małe mieszkanko przy ulicy Grenadierów na Pradze (niewiele pamiętam, ale czuję dziwny, jakby, pardon, będący echem prenatalności, sentyment), potem całkiem fajne – jak na standardy PRL-owskie – mieszkanie na rogu Czerskiej i Łużyckiej. O obu miejscach coś tam wspominałem, pisałem też o nich w „Jak nie zostałem menelem”, więc nie ma się co powtarzać… Natomiast te lokacje, gdzie żyłem wraz z rodzicami poza granicami Polski, z rzeczy samej, żadnymi domami rodzinnymi nie były.

Pozostaje zatem jeszcze ten segment, do którego wprowadziliśmy się na początku lat 80., zaraz po tym jak zdałem – w miarę przyzwoicie – maturę, a jeszcze przed egzaminami na studia. Cała kolonia tych segmentów mieści się przy Puławskiej, niedaleko za murem Toru Służewieckiego, a jeszcze trochę przed Pyrami. Wtenczas, trzydzieści lat temu, to były „mocne” przedmieścia Warszawy, gdzie nowe budownictwo jednorodzinne mieszało się z zagrodami rolniczymi i polami uprawnymi. Puławską kursowały wtedy trolejbusy, które przywrócono w stolicy po tym, jak gdzieś chyba w połowie lat 70. zlikwidowano je w centrum miasta. Ale była to tylko jedna linia – od Dworca Południowego (dziś Wilanowska) do Piaseczna. Dojazd komunikacją miejską na Uniwersytet był koszmarem i kiedyś nawet zgadaliśmy się z koleżanką mieszkającą na co dzień w Piasecznie, że ona spod Warszawy jedzie na Krakowskie Przedmieście szybciej niż ja z rogatek miasta…

Szczerze mówiąc, nie bardzo lubiłem ten segment na Grabowie, uważając za „prawdziwy” dom tamto mieszkanie na Sielcach, przy Gagarina. No ale w końcu mieszkałem tam z dziesięć prawie lat, najpierw z rodzicami, a potem sam, kiedy oni pojechali na kolejną zagraniczną placówkę, a ja właśnie kończyłem polonistyczne studia i nie zamierzałem ich przerywać… Jeździliśmy potem na Grabów wiele lat wraz z Kasią, gdy już, jako małżeństwo, przenieśliśmy się do własnego lokum na ulicę Żywnego (Górny Mokotów) i przychodziło nam odwiedzać moich rodziców w niedzielę czy Święta. Tu wreszcie, dwanaście lat temu, umarł mój ojciec, a ja asystowałem jego ostatnim chwilom (siedząc przy łóżku i czytając jakieś „S/Z” Barthesa, bo czekał mnie doktorski egzamin z filozofii), a potem wraz z mamą myliśmy ciało i ubierali je, czekając na karawan…

Więc jednak sentymenty, sentymenty, nastroje, emocje, wspomnienia…

A teraz, przy okazji kolejnej wizyty w domu, w którym niegdyś żyliśmy we trójkę, a teraz mieszka tu tylko moja mama, strażniczka pamięci i sprzętów, zajrzałem do swego dawnego pokoju na poddaszu. Przejrzałem półkę ze starymi winylowymi płytami (a tam na przykład pierwsza edycja albumu nr IV Led Zeppelin czy pierwsza płyta TSA…), objąłem lekko tęsknym wzrokiem kanapę na której spałem, biurko, przy którym siedziałem, półki, na których wciąż stoją książki, jakie opuściłem wyprowadzając się niegdyś. A w szufladach biurka znalazłem bibeloty rozmaite, dziś zakurzone, niepotrzebne, świadectwa mojego dawnego życia i moich dawnych zaangażowań. Wśród rozmaitych papierów trafił się także „rękopis” listy gości na nasz ślub i wesele w roku 1991.

Nie, nie zamierzam tu nikogo raczyć łzawymi wspomnieniami. Ta wizyta w moim dawnym pokoju, który opuściłem ponad dwadzieścia lat temu, a który wciąż trwa, niczym spetryfikowany w jakimś muzeum osobliwości, nie prowadzi mnie ku nostalgicznym wywodom. Choć może jednak trochę tak, ale na mój własny, osobisty użytek.

Owe odwiedziny mojego miejsca sprzed lat, retrospekcja mnie samego w tym miejscu zaowocowały zupełnie innymi myślami. Przyglądając się zakurzonym artefaktom mojego dawnego życia, ukrytym w szufladach, komodach i rozmaitych zakamarkach, doszedłem nagle do wniosku, że przeszłość niemal zupełnie nie dotyczy mnie dzisiejszego. Kim byłem, to byłem – otoczony przez rzeczy, uwikłany w jakieś dawne sytuacje – teraz nie ma to zupełnie żadnego znaczenia. Ja dziś niewiele mam wspólnego z tym kimś, kto wiele lat temu mieszkał na tamtym poddaszu i puszczał sobie rockową muzykę z winylowych płyt.

Moje dziś należy do zupełnie odmiennego świata, a moje jutro jest kompletnie nieprzewidywalne. A tamto poddasze jest jak list w butelce, rzucony na wezbrane fale. Odcinam linki do przeszłości, zachowując w pamięci tak, jak się przechowuje stare, czasami już wyblakłe zdjęcia, w albumie.

Kto by jednak nie był usatysfakcjonowany, temu dedykuję wiersz pod tytułem „Epigramat III (Urodziny)” – z tomiku „Skarby dni ostatecznych. Psalmy, epigramaty, lamenty, litanie” – o tym, że jednak przeszłość mieszka w nas, choćbyśmy tego nie chcieli:

Młodość powraca Przegląda się w lustrze
Wędruje po uśpionym domu Pochyla się
nad łóżkami Patrzy na twarze Zagląda do
lodówki i spiżarni Grzebie w szufladach
Wchodzi niepostrzeżenie do garażu Potem
na odchodnym głaszcze jeszcze psy a one
ruszają łapami bo śni im się przyjemność
Młodość powraca raz do roku w tę jedną
noc Niezauważona Wspominana Wolna
Beztroska

[Wpis ukazał się pierwotnie na blogu „Raptularz końca czasów” – Administrator]

O autorze
dr Jarosław Klejnocki - dyrektor Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza, pisarz, poeta, eseista i krytyk literacki. Adiunkt w Instytucie Polonistyki Stosowanej UW. Jego wiersze, eseje i artykuły tłumaczono na angielski, niemiecki, szwedzki, słoweński, bułgarski, węgierski, rosyjski. Ostatnia książka to kryminał "Człowiek ostatniej szansy" (WL, 2010). Współpracuje z prasą polską (m.in. "Tygodnik Powszechny", "Polityka", "Rzeczpospolita", "Kresy", "Miesięcznik Literacki", "Odra") i zagraniczną ("Chicago Review", "Die Horen").
Muzeum Literatury
Ostatnie wpisy
Archiwa
Blogi Muzeum Literatury
Copyright © 2010-2014 Muzeum Literatury