Blogi Muzeum Literatury
Media
Archiwum Lipiec 2012
Data dodania: 26 lipca 2012

Krzysztof Varga kilka razy już przyznał – w rozmaitych wywiadach czy rozmowach – że licznych swoich bohaterów literackich niespecjalnie lubi, bo są, na swój sposób, często odrażający.

I chyba tak właśnie jest również z Piotrem Augustynem, protagonistą najnowszej powieści pisarza pod tytułem „Trociny”. No bo to niemiły typ. Malkontent, frustrat, mizantrop. Poza tym także cynik i immoralista – choć jednak starający się rozmaite swe decyzje i postawy jakoś tam w kategoriach etycznych opisywać czy uzasadniać. Zatem – pierwsza przestroga – należy wystrzegać się pochopnych utożsamień tegoż głównego bohatera z autorem, oczywiście jeśli w ogóle któremuś z czytelników przyjdzie taki pomysł zbyt szybko do głowy.

Cała książka jest w zasadzie monologiem tegoż antypatycznego bohatera – i to raczej monologiem wewnętrznym – uwięzionego w pociągu Inter City relacji Warszawa – Wrocław, który to pociąg stoi przez wiele godzin w środku kompletnie niczym niewyróżniającego się pola gdzieś za Poznaniem.

Monologi – a zwłaszcza monologi wewnętrzne – dobrze wychodzą Krzysztofowi Vardze, by wspomnieć tylko brawurową „Tequilę” sprzed ponad 10 lat. Ów wylew frustracji, pretensji – do świata, Polski i siebie samego – jaki tryska spod palców Piotra Augustyna bębniącego z pasją na klawiaturze służbowego laptopa i spisującego swe opinie, przemyślenia, obserwacje – świetnie się czyta.

A ponieważ jest to tekst konfesyjny, znaczy zwierzeniowy, bohater Vargi nie uznaje hamulców autocenzury. Jego własna opowieść jest mocna, miejscami nadzwyczaj brutalna – uderzająca w tabu i mająca gdzieś zalecenia politycznej poprawności.

Augustyn, pięćdziesięcioletni pracownik średniego szczebla jednej z dużych korporacji, której siedziba, jak wielu innych podobnych firm, mieści się na warszawskim Służewiu (Służewie?) Przemysłowym, nie ma złudzeń – ani co do siebie, ani świata.

A osobliwie do naszej polskiej tożsamości, literatury, kultury, obyczajowości, religijności, sztuki czy w ogóle rozwiązań społecznościowo – cywilizacyjnych a la Polacca.

Mówiąc więc kolokwialnie – jedzie równo po wszystkim.

Czyli: po polskim katolicyzmie, który on – człowiek ateistyczny z wyboru i życiowego doświadczenia – widzi paradoksalnie pogańskim, cepeliowym i sytuacyjnym; więc swoiście powierzchownym, hipokrytycznym, zwłaszcza w ludowym, masowym wcieleniu. To, mówiąc trochę językiem Krzysztofa Vargi (więc językiem naturalistycznym, nie uchylającym się przed skatologią) „nieprzetrawione” doświadczenie religijności miesza się z kompletnym niezrozumieniem świata – zwłaszcza przez starsze pokolenia (więc generacje rodziców głównego bohatera), na które to niezrozumienie nakłada się jeszcze – równie nieprzetrawione – dziedzictwo PRL-u. Ojciec Piotra Augustyna, chłop awansowany z mazowieckich opłotków, wierzy w PRL, matka – raczej w Opatrzność Boską. Powiada więc bohater w pewnym miejscu swego soliloqium, że prawdziwymi jego rodzicami byli właśnie Boska Opatrzność z Polską Ludową… Już widzimy więc, że istotą tej opowieści będzie i satyra, i groteska.

Po kulturze korporacyjnej jedzie dalej Krzysztof Varga, po toksycznych relacjach dzieci – rodzice, po infrastrukturze kraju (z akcentem na infrastrukturę kolejową zwłaszcza), po snobistycznym modelu życia opartym na kserokopiowaniu egzystencji celebryckiej (jeśli to w ogóle egzystencją nazwać można), po rozbrykanej w kiczu współczesnej estetyce i jej polskich wcieleniach, po schyłkowinteligenckiej i pazerno – prymitywnej chłopskiej mentalności. A nawet po brzydocie Warszawy i mazowieckiego (choć nie tylko) pejzażu.

Piotr Augustyn, jak powiedziano, jest malkontentem i mizantropem – nie podoba mu się zatem prawie nic. Jest współczesnym światem i współczesną Polską – z jej cywilizacyjno – kulturowo – polityczną inkarnacją – zwyczajnie zmęczony. I nienawidzi tego świata i tej Polski, tak jak nienawidzi siebie – bo uległ temu światu, i tej Polsce i dał się wpisać w model funkcjonowania jednostki w tymże świecie (choćby akceptując, mimo śladów kontestacji, korporacyjny styl pracy).

Piotr jest jednak także współczesnym dandysem: uwrażliwia go piękno, którego poszukuje wokół, ale które znajduje tak naprawdę tylko w muzyce klasycznej, zwłaszcza barokowej, oferującej mu przeżycia metafizyczne, jakich nic w otaczającym go świecie, łącznie religią zaoferować mu nie może…

Bohater Krzysztofa Vargi przypomina nieco protagonistę „Dnia świra” Marka Koterskiego czy też protagonistkę książki Bożeny Keff pod tytułem: „Utwór o matce i ojczyźnie”. „Trociny” bowiem to powieść zarówno rozliczeniowa, jak i krzywe zwierciadło, przystawione nam wszystkim gombrowiczowskim gestem.

Przestroga druga zatem – to nie powieść realistyczna, tylko na swój sposób zaangażowana. Zaangażowana, by tak rzec negatywnie, co ją odróżnia wyraziście od rozmaitych projektów pozytywnego zaangażowania, będących dziś domeną zwłaszcza lewicowych czy nawet lewackich środowisk.

Varga nie jest jednakowoż drugim (trzecim, czwartym itd.) Gombrowiczem i nie aspiruje do takiej – pretensjonalnej trzeba by rzec – pozycji. Bliżej mu być może do Mario Vargas Llosy, który w swej wiekopomnej powieści „Rozmowa w Katedrze” zadaje pytanie: „Czemu Peru tak się skurwiło?” W „Trocinach” Krzysztof Varga zdaje się pytać – choć nie wprost, tylko implicytnie – czemu wszyscy daliśmy się skurwić? Czemu pozwoliliśmy na skurwienie świata?

To niepokojąca i poruszająca powieść. Dawno temu, zaraz po przełomie 1989 roku, środowisko słynnego podówczas literackiego pisma „Brulion” postulowało, by w debacie publicznej języki prywatne stały się oficjalnymi. Innymi słowy – byśmy mówili, co naprawdę myślimy. Poglądy i oceny Piotra Augustyna są niekiedy tak brutalne w swej bezkompromisowości, że aż cierpnie skóra. Ależ jakże prawdziwe są w swej jednoznaczności! Te wszystkie bezpardonowe zdania wobec rodziców, których kultura i rozmaite normy superego każą nam kochać, te wszystkie brutalizmy wobec obłudnych postaw, jakie zajmujemy w społecznym bytowaniu, wypowiadane przez Piotra Augustyna! Nie lubię go, nie chciałbym go kiedykolwiek spotkać, mieć z nim do czynienia, ale – czytam go zaintrygowany, bo – wstyd przyznać – jego tyrady chociażby przeciwko polskiemu teatrowi współczesnemu czy kinu, nie mówiąc już o rozmaitych innych przejawach pop – kultury, jakoś tam – choć o niepokojące skądinąd – korespondują z moimi własnymi.

„Trociny” to powieść o skarleniu naszej rzeczywistości i skarleniu nas samych w tejże. Ten dandys Piotr Augustyn, którego da się nawet polubić mimo jego mizantropii, nie zawaha się, by wykroczyć poza wszystkie ludzkie normy, kiedy tylko oceni, że jego pozycja w świecie jest zagrożona. Dokona moralnej transgresji po to, by móc dalej pracować na zdobytym stanowisku w korporacji i cieszyć się niemałymi dochodami, pozwalającymi na cieszenie się klasyczną muzyką jako odtrutką za małość, jaka na co dzień jest jego udziałem. To memento i ostateczna – dla nas – przestroga.


Krzysztof Varga, Trociny, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2012

[Tekst ukazał się pierwotnie na blogu „Raptularz końca czasów” – Administrator]

O autorze
dr Jarosław Klejnocki - dyrektor Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza, pisarz, poeta, eseista i krytyk literacki. Adiunkt w Instytucie Polonistyki Stosowanej UW. Jego wiersze, eseje i artykuły tłumaczono na angielski, niemiecki, szwedzki, słoweński, bułgarski, węgierski, rosyjski. Ostatnia książka to kryminał "Człowiek ostatniej szansy" (WL, 2010). Współpracuje z prasą polską (m.in. "Tygodnik Powszechny", "Polityka", "Rzeczpospolita", "Kresy", "Miesięcznik Literacki", "Odra") i zagraniczną ("Chicago Review", "Die Horen").
Muzeum Literatury
Ostatnie wpisy
Archiwa
Blogi Muzeum Literatury
Copyright © 2010-2014 Muzeum Literatury