Blogi Muzeum Literatury
Media
Archiwum Listopad 2011
Data dodania: 15 listopada 2011

Zostaliśmy z Jerzym Sosnowskim, jako autorzy „Chwilowego zawieszenia broni”, książki o tzw. formacji „bruLionu” (bądź, jak woli jego były redaktor naczelny Robert Tekieli – „Brulionu”), zaproszeni przez koło dyskusyjne studentów Polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego, by o fenomenie krakowsko – warszawskiego pisma oraz grupie pisarzy jakoś z nim (czy przez publikację, czy też przez formacyjną lekturę) związanych podyskutować.

Niby sprawa oczywista, ale podczas tego, jakże zresztą miłego mityngu, dotarło do mnie namacalnie, że lata mojej walki o młodą (podówczas) literaturę w latach 90. XX wieku to jednak jakaś prehistoria dla dzisiejszej studenckiej młodzieży. Jakbyśmy z Jerzym, nie przymierzając, zostali zaproszeni, by snuć kombatanckie opowieści.

Nie pomyliliśmy się zanadto w „Chwilowym”, nasze diagnozy wytrzymały na ogół próbę czasu – co piszę z niejaką satysfakcją, bo piętnaście lat temu kopano nas po kostkach z różnych stron. Żeśmy nazbyt entuzjastyczni, że pisarze, co do których formułujemy pozytywne opinie jeszcze nieopierzeni, że lansujemy swoich i siebie przy okazji itd.

Były to czasy, kiedy autentycznie spierano się o kulturę, literaturę. Z emocjami, jakich dzisiaj w tych rejonach nie uświadczysz. Za to mamy rynek, mechanizmy marketingowe, polityzację przestrzeni kulturalnej, ale także self – publishing, raczkującą przestrzeń ebooków, parcelację środowiska pisarskiego na małe plemiona żyjące we własnych światach, degradację czytelnictwa, atrofię pisarstwa istotnego (w dzisiejszej edycji „Gazety Wyborczej” ranking bestsellerów książkowych za czas ostatni, a w dziale „Literatura piękna” same śmieci – nawet Redakcja żadnej z tych pozycji nie poleca…).

Lata 90. – jeszcze trwają inteligenckie tygodniki, zanim staną się „pismami opinii”, jeszcze funkcjonują rozmaite dodatki kulturalne czy książkowe do gazet i periodyków, jeszcze w telewizji można posłuchać wierszy i popatrzeć na poetów recytujących je. Jeszcze radio nie skomercjalizowało się totalnie. Se to ne vrati.

Więc, siedząc tak przed studentami, przez moment poczułem się, jakbym był, to tylko metafora, jakimś obrońcą Westerplatte, który ma opowiedzieć o dawnych czasach (publiczność, wyrozumiała, nie dała tego odczuć, to raczej moje własne refleksje). Tak szybko minęły lata, a teraz za gardło łapią sentymenty.

To pewnie także repetycja, schemat, stereotyp – ale wydało mi się, że od literatury ważniejsze jest moje własne życie, w którym miałem ten przywilej, że poznałem interesujących, niezwykłych ludzi, którzy – powiedzmy, że przy okazji – są też/byli intrygującymi artystami.

[Tekst ukazał się pierwotnie na blogu „Raptularz końca czasów” – Administrator]

Data dodania: 3 listopada 2011

Jak wiadomo Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza wielką (w sensie gabarytowym) placówką nie jest. Nie dysponuje też ogromnym budżetem, a i na wsparcie – czy to od administracji samorządowej lub centralnej czy też sponsorów/mecenasów – może liczyć w ograniczonym zakresie. To jednak nie znaczy, że nie stać ML, powiedzmy – od czasu do czasu – na wielkie wystawy. I właśnie z takim zdarzeniem wystawienniczym mamy teraz do czynienia.

„Portret podwójny. Leonor Fini/Konstanty Jeleński” – to rzecz doprawdy niezwykła i nie tylko na arenie polskiego wystawiennictwa. Na tyle niezwykła, że przechadzający się po warszawskim Starym Mieście Literacki Noblista 2010 Mario Vargas Llosa, zobaczywszy banner reklamujący wystawę, po prostu wszedł do środka, kupił bilet i poszedł oglądać.

Takiej prezentacji dorobku Leonor Fini, legendarnej malarki z kręgu surrealizmu, nie było dotąd w Polsce, a i pewnie długo jeszcze nie będzie, po tym, co prezentuje Muzeum Literatury. A i druga postać tej ekspozycji – Konstanty Jeleński – zajmuje poczesne, intrygujące miejsce.

Ta wystawa łączy w sobie prezentację dorobku artystycznego twórców oraz przekaz biograficzny – pokazujący oryginalne, ciekawe życie pary kreatywnych ekscentryków. Co ciekawe – scenariusz wystawy nawiązuje wprost do pomysłu samego Kota Jeleńskiego, jak należało by wszechstronny dorobek Fini prezentować.

Kuratorki wystawy (panie Anna Lipa i Aleksandra Kaiper–Miszułowicz) pracowały długo i doprawdy w pocie czoła, by osiągnąć ten oszałamiający efekt. Towarzyszył im trud całego zastępu asystentów, towarzyszy, współpracowników – i za to chwała im.

Wystawa cieszy się sporym zainteresowaniem publiczności – to świetnie! – oraz licznymi dobrymi i bardzo dobrymi recenzjami krytyków. Mówiono o niej z entuzjazmem w Polskim Radio, pokazywała ją – w różnych kanałach – Telewizja Polska. Świetne recenzje i opinie zyskała m. in. w „Newsweeku”, „Rzeczpospolitej”, „Polityce”.

Bardzo się cieszę z zasłużonego sukcesu licznej grupy pracowników Muzeum Literatury. Małe (nominalnie) może być wielkie (rzeczywiście).

O autorze
dr Jarosław Klejnocki - dyrektor Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza, pisarz, poeta, eseista i krytyk literacki. Adiunkt w Instytucie Polonistyki Stosowanej UW. Jego wiersze, eseje i artykuły tłumaczono na angielski, niemiecki, szwedzki, słoweński, bułgarski, węgierski, rosyjski. Ostatnia książka to kryminał "Człowiek ostatniej szansy" (WL, 2010). Współpracuje z prasą polską (m.in. "Tygodnik Powszechny", "Polityka", "Rzeczpospolita", "Kresy", "Miesięcznik Literacki", "Odra") i zagraniczną ("Chicago Review", "Die Horen").
Muzeum Literatury
Ostatnie wpisy
Archiwa
Blogi Muzeum Literatury
Copyright © 2010-2014 Muzeum Literatury