Blogi Muzeum Literatury
Media
Archiwum Listopad 2010
Data dodania: 30 listopada 2010

Kiedy jeszcze w Polsce nie były dostępne kultowe „Moleskiny” moja żona kupiła mi mały czarny notatnik u ulicznego sprzedawcy w Wilnie, gdzie akurat byliśmy na wycieczce.

Zacząłem w nim notować, zgodnie z intencją Darującej, rozmaite pomysły na wiersze, poszczególne frazy, wpadające w ucho tytuły przyszłych liryków, frapujące idiomy językowe – wymyślone lub tylko zasłyszane.

Ale od tyłu, chyłkiem, zapisywałem tytuły książek naukowych do przeczytania, pomysły interpretacyjne do mających powstać artykułów, a także programy zajęć ze studentami. A nawet, o zgrozo, harmonogramy posiedzeń rad pedagogicznych w szkole, w której akurat wtedy pracowałem.

Wreszcie także trasy przyszłych podróży (w wakacje) i budżety tych wypadów. To były czasy, gdy karty kredytowe były jeszcze w Polsce rzadkością, Zjednoczona Europa przysposabiała się pomału do przyjęcia wspólnej waluty – więc zagraniczna wyprawa wymagała naprawdę rzetelnych zabiegów logistycznych.

Teraz przeglądam z sentymentem mój mały czarny notatnik, widząc jak drobiazgowo planowałem na przykład automobilową eskapadę do Szwajcarii.

Mieliśmy jechać przez Czechy i Niemcy, a ze Szwajcarii zrobić niewielki wypad do Italii, by w okolicach Aosty (niedaleko toczy się akcja „Wieży” Gustawa Herlinga Grudzińskiego) wypić prawdziwą włoską kawę, a potem tunelem pod Mont Blanc i przez kawałek Francji wrócić do Genewy. Trasę nazad do ojczyzny planowaliśmy już tylko przez Niemcy.

Nasz wstępny budżet wyglądał więc tak: ok. 650 tysięcy złotych (przed denominacją), 650 franków szwajcarskich, 250 niemieckich marek, 2000 czeskich koron, 50 tysięcy włoskich lirów. Rezerwa – 100$.

Nie udało się jednak – na marginesie pojawiły się nowe zapiski: „dokupić 200 marek”, „dokupić 200 franków” itd. Ostatecznie wstępny budżet został znacznie przekroczony.

Wyprawa doszła do skutku i wciąż mieszka w naszej pamięci jako jeden z najbardziej udanych urlopowych wyjazdów. Noclegi na polach namiotowych u szczytu malowniczych gór – bezcenne. Doznania krajobrazowe i podróżnicze – przekształcone na liczne wiersze i eseje.

No i mój mały czarny notatnik, który – gdy go kiedyś przekażę Muzeum Literatury – będzie mógł służyć jakiemuś ewentualnemu badaczowi do skalkulowania realnych kosztów twórczości.

Jarosław Klejnocki

[fot. Maciej Bociański / ML]

Data dodania: 15 listopada 2010

W innym wierszu Adam Zagajewski pisze:

„W obcych miastach przychodzimy na świat,
nazywamy je ojczyzną, lecz niedługo
wolno nam podziwiać ich mury i wieże
(…)
W obcych miastach
pozostaniemy, jak drzewa, jak kamienie.”

(Piosenka emigranta, tom „Jechać do Lwowa”)

Łukasz Garbal, w swym komentarzu pod poprzednim moim wpisem, zadał pytanie o obcość miasta (konkretnie Warszawy) w znaczeniu, by tak rzec, kulturowo – cywilizacyjnym. To ciekawy wątek, a w przypadku stolicy jak najbardziej uzasadniony. Swego czasu próbowałem podjąć wyzwanie tego tematu w eseiku „Aquapolis” (drukowanym ostatecznie w zbiorze „Piołun i inne eseje chodnikowe”, Warszawa 1999), gdzie, podobnie jak ŁG, zadałem pytanie o autoidentyfikację i „korzenność” warszawskich mieszkańców (dość, powiedzmy, dziś rozmytą).

Wszakże kwestia, którą podnosi poeta w wierszu „Piosenka emigranta” jest innej, bardziej ogólnej, natury. Rzecz tu w obcości jako takiej, immanentnej, to jest istotowej, naszemu bytowaniu.

Także nasze miasta rodzinne, to znaczy te, w których przyszliśmy na świat, są w jakimś sensie obce. Albowiem w ogóle, jeśli dobrze odczytuję intencje tekstu, poczucie (odczucie? pojęcie?) obcości przypisane jest naszej egzystencji u samego źródła. Zatem problem nie w tym, by oswoić miasto (miejsce) swego życia, ale by oswoić swoje życie jako takie.

Przytoczony wyżej wiersz Zagajewskiego akurat opowiada o klęsce (tak go w każdym razie rozumiem) owego oswajania. W tym sensie mówi też o możliwości niezrealizowaniu egzystencji (w duchu wyznania: nie umiałem, nie potrafiłem znaleźć swego miejsca na ziemi i sensu swego tu pobytu).

Ale możliwy jest też optymistyczny scenariusz: udało mi się – w perspektywie czasowej – nie bez istotnego duchowego wysiłku, usensowić własną egzystencję. Ergo: oswoić miejsce (w tym akurat przypadku: miasto) własnego bytowania.

Jaki to piękny sukces życiowego wysiłku, można by (należało by?) powiedzieć. Przyjść na świat w obcym (niejako z definicji) mieście (miejscu), ale umrzeć już zakorzenionym.

Jarosław Klejnocki


[fragment Starego Miasta z Mostu Śląsko-Dąbrowskiego, fot. Maciek Bociański / ML]

Data dodania: 3 listopada 2010

Powiada Adam Zagajewski:

„W obcych miastach jest radość nieznana,
zimne szczęście nowego wspomnienia.”
(„W obcych miastach”, tomik „Płótno”)

W zasadzie każde miasto nowe, do którego przyjeżdżamy po raz pierwszy jest owym „obcym miastem”, oferującym „szczęście nowego spojrzenia”. Według Zagajewskiego jest to szczęście „zimne” – ale co to znaczy? Że jest zracjonalizowane? Pozbawione ekstatyczności? Przygaszone świadomością? Pozbawione autentyzmu? Niepełne?

Ale jednak „szczęście”, zatem radość, jaka wiąże się z podróżowaniem i doświadczaniem Nowego (widoków, zapachów, emocji). „Obce miasto” oferuje nam siebie, jakby mówiło: „oto jestem, inne od tych miast, które znasz. Poznaj mnie, o ile potrafisz.”

Istnieje coś takiego jak piękno – i wyzwanie zarazem – obcości.

W Brugii byłem co prawda już raz, dawno temu, w podróży letniej. I mimo hord turystów byłem zachwycony. Miasto niewiele zmieniło się od czasów średniowiecza, przekrojone malowniczymi kanałami sprawia wrażenie, że stanowi mieszankę Amsterdamu i – dajmy na to – dolnośląskiego Paczkowa (tyle że znacznie większego).

Teraz, jesienią, wydało mi się jeszcze piękniejsze (może to sprawa światła, ciepłego i niskiego, jakby słońce, zapatrzywszy się w obrazy Vermeera, specjalnie sterowało swym biegiem).

W brugijskim muzeum Arentshuis, w ramach wystawy stworzonej przez znanego w Europie Luca Tuymansa („A Vision of Central Europe. The reality of the lowest rank”), zawisło kilkanaście rysunków Bruno Schulza wypożyczonych od nas. Schulz ma za towarzyszy z jednej strony grafiki zafascynowanych jego twórczością Quay Brothers, z drugiej Andy Warhola. A wokół jeszcze rozmaici konceptualiści – w tym także Mirosław Bałka.

Ładnie się ta współczesna wystawa kojarzy ze starym miastem, w brzuchu którego Luc Tuymans zaaranżował wyspę nowoczesności XX i XXI wiecznej. Obcość sztuki, domagająca się interpretacji, współgra z obcością miasta – co prawda gościnnego – ale też jakoś zdystansowanego wobec tych, którzy doń przybyli, by je podziwiać.

Jarosław Klejnocki

[fot. Jarosław Klejnocki]

O autorze
dr Jarosław Klejnocki - dyrektor Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza, pisarz, poeta, eseista i krytyk literacki. Adiunkt w Instytucie Polonistyki Stosowanej UW. Jego wiersze, eseje i artykuły tłumaczono na angielski, niemiecki, szwedzki, słoweński, bułgarski, węgierski, rosyjski. Ostatnia książka to kryminał "Człowiek ostatniej szansy" (WL, 2010). Współpracuje z prasą polską (m.in. "Tygodnik Powszechny", "Polityka", "Rzeczpospolita", "Kresy", "Miesięcznik Literacki", "Odra") i zagraniczną ("Chicago Review", "Die Horen").
Muzeum Literatury
Ostatnie wpisy
Archiwa
Blogi Muzeum Literatury
Copyright © 2010-2014 Muzeum Literatury