Blogi Muzeum Literatury
Media
Data dodania: 26 grudnia 2015

JOP-blog

Janusz Odrowąż-Pieniążek w Muzeum Literatury podczas promocji swojej ostatniej książki „Błagam, tylko nie profesor”. Fot. Anna Kowalska / ML

Jeszcze w piątek 4 grudnia 2015 roku omawialiśmy jakieś sprawy służbowe w gabinecie osobistym Dyrektora Seniora, jak go tytułowaliśmy od czasu, gdy przeszedł na emeryturę, wciąż jednak pracując w Muzeum Literatury na pół etatu. Zachodziłem często do Dyrektora, te rozmowy były zawsze przyjemne – Dyrektor często sypał anegdotami oraz wspomnieniami – załatwialiśmy bieżące interesy muzeum, a jednocześnie były to dla mnie mikrolekcje z historii literatury, historii życia literackiego czy po prostu dziejów. Dyrektor miał cięte, anglosaskie poczucie humoru, a jednocześnie był człowiekiem życzliwym, przyjacielsko traktującym ludzi. Nawet o tych, którzy go kiedyś skrzywdzili, mówił z uśmiechem i bez zajadłości, jeśli już to raczej z lekką kpiną.

Jeszcze w poniedziałek 7 grudnia dzwonił do mnie po południu mówiąc, że źle się czuje, dokucza mu astma i że chciałby wziąć kilkudniowe zwolnienie z pracy. Umówiliśmy się, że odezwie się wtedy, gdy poczuje się lepiej; wrócimy wówczas do wywiadu, jaki z nim przeprowadzałem do książki, która miała zebrać materiały po Kongresie Muzealników Polskich, mającym miejsce wiosną bieżącego roku w Łodzi. Wywiad właściwie był już gotowy, Dyrektor miał jeszcze tylko rzucić ostatni raz okiem na cały tekst oraz zastanowić się nad tytułem. Już nie zdążyłem Mu go pokazać w tej ostatecznej formie.

Dyrektor był rówieśnikiem mojego ojca, zmarłego w 2000 roku, przedstawicielem tego samego pokolenia. Kiedy wracał w swych opowieściach do przeszłości – czasów wojny, stalinizmu czy ery Gomułki – odnajdywałem w tych wspomnieniach klimat i obserwacje, jakie ongiś zamieszkiwały historie słyszane z ust Tadeusza Klejnockiego. Było to dla mnie czymś bliskim.

Znałem bliżej Dyrektora raptem sześć lat, ale w tym czasie spotykaliśmy się niemal codziennie w pracy. Nasza znajomość wystawiona była zresztą na próbę sytuacji. Przychodziłem do Muzeum Literatury z misją objęcia stanowiska po Dyrektorze, który miał przejść na emeryturę. Przez pół roku był moim przełożonym, a potem przez ponad pięć lat ja Jego. Dyrektor był człowiekiem wielkiej klasy i uczciwości, był także niezwykle lojalnym pracownikiem i współpracownikiem. To wszystko razem, a pewnie i w jakimś stopniu też to, że ja traktowałem Go zawsze z najwyższym szacunkiem, pozwoliło nam ułożyć nasze stosunki bezkonfliktowo i – mam wrażenie – ze wzajemną sympatią.

Imponowała mi Jego witalność i pracowitość. Dyrektor był członkiem rozlicznych organizacji i stowarzyszeń, zasiadał w wielu dostojnych gremiach instytucjonalnych i honorowych – uczestnicząc w ich działaniach, inicjatywach, zebraniach i posiedzeniach. Zawsze, gdy odwiedzałem Go w Jego gabinecie coś pisał, albo czytał, przeglądał materiały, porządkował swoje archiwum. Był człowiekiem ciągle zajętym, ale widać też było, że zajęcia te sprawiają mu przyjemność. Nigdy nie usłyszałem od Niego wyrazów zgorzknienia czy rezygnacji. I był człowiekiem chętnie się uśmiechającym. To był taki uśmiech dobra, z którego emanował optymizm i – tak mi się zawsze zdawało – radość istnienia.

8 grudnia 2015 w godzinach popołudniowych dowiedziałem się od pana Jacka Odrowąż-Pieniążka, że jego Ojciec odszedł od nas tego dnia rano.

Będzie mi Dyrektora autentycznie i szczerze brakowało.

Data dodania: 4 lipca 2015

Słyszę, że afera. Autor „Dracha” dostał…. nie, nie maybacha (co by się ładnie zrymowało), ale luksusowego merca w ramach bycia ambasadorem tej marki.

No i zaczęło się: zawistny lud już ujada, już się wyzłośliwia, a Paweł Dunin-Wąsowicz, uderzywszy w inne tony, napisał (na Facebooku rzecz jasna), że teraz Twardoch mało wiarygodny będzie jako pisarz…

Ambasadorzy marek – to kojarzyło mi się do tej pory raczej ze światem celebrytów lub/i ludzi publicznie powszechnie znanych – jak słynni sportowcy, aktorzy, modelki czy szansoniści. To, że ambasadorem marki – i to powiedzmy nie byle jakiej – z branży motoryzacyjnej został pisarz podoba mi się jak najbardziej.  Może inni twórcy z dziedziny szeroko rozumianej literatury poszliby teraz w ślady pana Szczepana? Andrzej Stasiuk z pewnością pasowałby do którejś z zadziornych terenówek, Katarzyna Bonda do alfy romeo, Zygmunt Miłoszewski do mazdy, Stefan Chwin do rolls royce’a, Włodzimierz Kowalewski do cadillaca, Tomasz Piątek do automobilu Batmana, a Wojciech Wencel do Rosomaka.

Trzeba tylko spełnić kilka warunków, które najwyraźniej spełnia Twardoch: przyzwoicie pisać, mieć sporo czytelników, wypowiadać się niebanalnie w mediach na tematy społeczno – polityczne, być przystojnym/przystojną, stylowo się ubierać oraz, last but not least, mieć coś do powiedzenia o samochodach/pojazdach kołowych.

Data dodania: 23 lutego 2015

„Na łuku elektrycznym. O pisaniu Andrzeja Bobkowskiego” autorstwa Macieja Nowaka z Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, a wydana przez Towarzystwo „Więź”, przynosi wszechstronne spojrzenie na twórczość i dorobek coraz bardziej cenionego prozaika i epistolografa. Taka książka należała się już od dawna Bobkowskiemu, takiej książki ewidentnie brakowało. Mimo bowiem licznych i cennych prac badaczy pisarstwa autora „Szkiców piórkiem – jak choćby Krzysztofa Ćwiklińskiego, Jana Zielińskiego, Macieja Urbanowskiego czy Andrzeja Stanisława Kowalczyka – nie powstała „książka pierwsza” o Bobkowskim, to jest opracowanie całościowe, od którego każdy, kto chciałby poznać bliżej twórczość autora „Czarnego piasku” powinien zacząć.

Maciej Nowak poświęcił dobrych kilkanaście lat swego życia i pracy zawodowej studiując i badając biografię oraz twórczość swego ulubionego pisarza. Przejechał śladami Bobkowskiego pół Francji, był w Stanach Zjednoczonych, w zasadzie nie dotarł tylko (na razie?) do Gwatemali, gdzie w 1948 roku Andrzej i Barbara Bobkowscy wyemigrowali, a pisarz zmarł w 1961 roku w wieku raptem czterdziestu siedmiu lat wskutek powikłań dermatologicznej choroby nowotworowej.

„Na łuku elektrycznym” to pozycja bez wątpienia naukowa – świadczy o tym choćby obecny w niej aparat badawczy – ale też napisana przystępnie, erudycyjnie, a także – co niebagatelne – w wielu miejscach dowcipnie.

Spośród wszystkich zagadnień i interpretacji, jakie w niej znajdziemy, kilka wyróżniam na własny użytek. Po pierwsze – badania (i wnioski z nich płynące) nad rękopisem dziennika , który stał się podstawą do późniejszych prac pisarza nad ich zmienioną edycją w postaci „Szkiców piórkiem”. Po drugie – studia nad duchowością i religijnością Bobkowskiego (ten ostatni wątek traktowany był do tej pory przez badaczy i czytelników raczej marginalnie). Po trzecie – rozpoznanie wrażliwości muzycznej „Bobka” i roli muzyki w jego życiu oraz pisarstwie. Wreszcie – po czwarte – genialna i świetnie opisana propozycja, aby rozmaite – na ogół gnomiczne i strzępkowate – teksty Bobkowskiego pisane w ostatnich kilkunastu miesiącach życia – potraktować jaką pewną swoistą całość, którą Nowak nazywa „Pamiętnikiem z okresu umierania”.

Z pewnością „Na łuku elektrycznym” będzie frajdą dla wszystkich wyznawców czy miłośników twórczości autora „Na tyłach”, stanowiąc milowy krok na drodze opisywania fenomenu pisarza, który od późnych lat sześćdziesiątych XX wieku był  niemal całkowicie zapomniany, a od jakichś ostatnich dwudziestu  przeżywa renesans popularności.

__

Książka na stronie Wydawnictwa Więź – zobacz

Patrz też: wideo o książce „Na łuku elektrycznym…”

Data dodania: 8 stycznia 2015

Istnieją lektury formacyjne i formacyjni pisarze. Ich książki ustawiają nam jakoś świat, kształtując wrażliwość, estetyczne gusta, językowy słuch.

W latach mojej młodości takim pisarzem – nie jedynym, ale jednym z Tych Ważnych – był Tadeusz Konwicki, którego dziś żegnamy.

Przeczytałem wszystkie jego książki, także te socrealistyczne, przebrnąłem nawet przez publicystykę z tamtego okresu. Ale oczywiście najbardziej „kręciły” mnie rzeczy powstałe po 1956, a osobliwie książki „zmącone gatunkowo”, przypominające literaturę konfesyjną (np. „Kalendarz i klepsydra”, „Wschody i zachody księżyca”, „Nowy Świat i okolice”).

Z dzisiejszego punktu widzenia najważniejsze wydają się chyba dwie pozycje z kolejnego okresu przełomowego dla PRL: „KOMPLEKS POLSKI” (tak właśnie, wersalikami, pisany był tytuł) oraz słynna „Mała Apokalipsa”. Z pewnością ta druga pozycja wejdzie do kanonu najważniejszych polskich powieści powstałych po 1945 r.

Ale można zadać pytanie, czy w ogóle którakolwiek z książek Konwickiego, opublikowana po 1956 była „nieważna”? Może zdarzały się mniej głośne lub nie do końca dobrze odczytane czy przychylnie przyjęte (jak choćby, mimo że to odmienne przypadki, „Zwierzoczłekoupiór” czy „Wniebowstąpienie”), ale nazwać którąś z nich „nieważną”, „nieistotną”? Niepodobna! I to winno być miarą prawdziwego artystycznego sukcesu, nie doraźny aplauz tłumów czy tabloidów.

Towarzyszył Konwicki polskiemu losowi w powojennej rzeczywistości, acz w tle fabuł jego powieści rozgrywały się też nadzwyczaj istotne, choć na pierwszy rzut oka może mniej widoczne zmagania. Metafizyczne, egzystencjalne, filozoficzne…

I tak też sprawy się miały z filmami, które kręcił. A był jednym z pierwszych twórców „eseju filmowego” w europejskiej kinematografii. „Ostatni dzień lata” oraz „Jak daleko stąd, jak blisko” to arcydzieła.

A przecież był jeszcze kierownikiem literackim w filmie – pisywał i poprawiał scenariusze, listy dialogowe, doradzał reżyserom na planie, a często ich inspirował. Tak właśnie podobno też było z „Kanałem” Andrzeja Wajdy.

Od ponad dziesięciu lat niczego własnego i nowego nie opublikował. Ale był z nami. Do wczoraj.

Data dodania: 26 grudnia 2014

O śmierci poety dowiedziałem się od dziennikarza PAP, który zadzwonił do mnie, przepraszając grzecznie, że w święta, z prośbą o komentarz.

Cóż tu jednak można rzec niebanalnego i niepretensjonalnego, bo zdaje się, że banał i pretensjonalność irytowała autora „Korekty twarzy” najbardziej?

Miałem okazję – choć dość powierzchownie – korespondować ze Stanisławem Barańczakiem, dawno, jakieś niemal 25 lat temu, gdy byłem początkującym poetą, a on kwalifikował moje wiersze do „Zeszytów Literackich”. Był życzliwym i uprzejmym człowiekiem, nawet mocne sądy krytyczne w relacji prywatnej były przez niego formułowane tak, że w żaden sposób nie można się było czuć dotkniętym czy obrażonym.

Podziwiałem go, jak wielu, a że jego talent przerastał wyobrażenie, w żaden sposób nie zazdrościłem mu. Zazdrościć można komuś, komu udało się coś lepiej niż tobie, ale ten sukces (cokolwiek to by było) wydawało się, że jest także w twoim zasięgu. Podziwiałem go także za pracowitość; przecież z powodu choroby właściwie zaprzestał pisania po wydaniu „Chirurgicznej precyzji” w roku 1998, kiedy miał raptem pięćdziesiąt dwa lata! To prawie tyle samo, ile ja mam w tej chwili – a choćby proste ilościowe porównanie naszego dorobku uzmysławia mi, jak bardzo się przez te wszystkie lata życia leniłem i obijałem.

Mój uczony przyjaciel – dr Michał Friedrich – napisał dziś w smsie, że śmierć Stanisława Barańczaka to coś na kształt końca świata.

Tak.

Data dodania: 2 września 2014

Czy ktoś jeszcze pamięta, że Andrzej Stasiuk, niemal u początków swej literackiej twórczości (to znaczy zanim stał się znanym autorem powieści „Biały kruk” czy zbioru opowiadań „Przez rzekę”), opublikował tomik wierszy pod tytułem „Wiersze miłosne i nie”?

Ja oczywiście wiem, że Stasiuk debiutował – w sensie książki – prozą („Mury Hebronu”), ale przez pewien czas – na przełomie lat 80. i 90. Zwłaszcza – funkcjonował w świadomości czytelniczej (jak i krytycznej) jako poeta – prozaik. Potem jakoś wierszy zaniechał, przynajmniej oficjalnie. Ale wypada przypomnieć, że odruch liryczny był u tego pisarza pierwotny. Efektem pobytu w więzieniu w Stargardzie Szczecińskim (praprzyczyna: dezercja podczas odbywania służby wojskowej w Ludowym Wojsku Polskim; sam autor sporo o tym wspomina w książce „Jak zostałem pisarzem. Próba autobiografii intelektualnej”) był nigdy niewydany tom wierszy „Miasto Gwiazda” (z angielskiego „star” i prasłowiańskiego – chyba – „gard”, czyli właśnie „miasto”, „gród”). Podobno – jak powiada legenda – autor ten zbiór liryków zwyczajnie zniszczył, nie będąc usatysfakcjonowanym jego artystycznym kształtem. Ale może leży on jednak gdzieś w przepaściach szuflad, podobnie jak – również nieopublikowany do tej pory, o czym wciąż Pisarzowi przypominam – poemat o wędrówce z warszawskiej Pragi na lewy brzeg stolicy. Że takowy poemat istnieje – wiem, bo sam go widziałem na własne oczy, a nawet dokonałem redakcji tego tekstu, niestety przez Autora dotychczas niewykorzystanej.

My w Muzeum Literatury tylko czekamy na takie gratki – i to niekoniecznie musi być od razu związane ze śmiercią artysty oraz porządkami w papierach, jakie zazwyczaj spadkobiercy wtedy robią. Czasami dostajemy rzeczy niepublikowane, nawet z zapisem karencyjnym (że nie wolno nam tego upublicznić przez jakiś określony czas – mierzony – no właśnie – najczęściej od śmierci twórcy). Tak, gdyby Stasiuk jednak przechował choć jeden egzemplarz (i  to najlepiej jeszcze rękopiśmienny) „Miasta gwiazdy” i zechciał nam go kiedyś – a choćby i sekretnie podarować (odsprzedać?) – hooo, to byśmy się uradowali.

Tom wierszy późniejszego autora „Dukli” nie jest jednorodny. Intuicja podpowiada mi, że jest zapisem (może lepiej: świadectwem?) ewolucji artysty – od tekstów nieco jakby retorycznych, mocno zakorzenionych w literackości (więc erudycyjnych, aluzyjnych), ale też jakby nieco przegadanych czy też „upoematowionych” – do tych już zwartych, opartych na opisie i posługujących się ascetyczną metaforą. Jak choćby ten, w jakiś sposób emblematyczny dla tej „drugiej” grupy wierszy:

***

W kuchni dowiadujemy się, że umrzemy. Podczas szperania
w szafkach zimne naczynia wydają cichy
brzęk, wieczorem z kryształkami  cukru
niechcący miesza się sól. Niewinności piosenka
nabiera doświadczenia gdy w paradoksalnym
igloo lodówki odkrywamy tylko lód.
Viva la muerte! w próżnym pudełku
słychać – kawy ani krzty, okruchy chleba
sprzed dwu dni osiągnęły twardość minerału.

Któregoś dnia tutaj nie wejdziemy a wszystko
pozostanie tak jak jest. Zapach pustki
albo ulubionych potraw będzie po
staremu się unosił, będzie kapał kran
lecz najdrobniejszej myśli kropla nie poruszy.
Szklanki zadzwonią kiedy ktoś, szukając śladów,
będzie przeszukiwał nasze szafki.

 

Jak wiadomo funkcjonowała, a może nawet nadal funkcjonuje taka teza, że jest w naszej współczesnej poezji nurt zwany neobarokiem. Nawet już nie szłoby tu o wiersze Jarosława Marka Rymkiewicza czy zapomnianego skądinąd Jerzego Harasymowicza (niedawno mój kumpel obronił doktorat o „baroku u Harasymowicza”, co wspomnianą tezę jakoś tam by szczątkowo potwierdzało…), ale też o działalność młodszych liryków – jak Eugeniusz Tkaczyszyn Dycki, właśnie Stasiuk (ale jako poeta) czy choćby piszący te słowa.

Stasiuk (poeta) i barok? No przecież nie przez wspólnictwo form – choć akurat w powyższym wierszu ładna jest ta inwersja i przerzutniowość, wytwarzające wrażenie pewnej archaiczności. Więc jeśli już  – to przez temat. I podany poniekąd podobnie, co u metafizyków barokowych: więc nie z pespektywy życia mowa tu o śmierci, ale z perspektywy grobu. W tej kuchni, co niegdyś do nas należała (wciąż jeszcze należy, dopiero dowiadujemy się, że umrzemy, ale właściwie jest tak byśmy już umarli, a tylko konstatowali ten fakt ex post) już nas nie ma, już ktoś inny przegląda nasze rzeczy, które zresztą w żaden sposób nie zapisały naszego istnienia. Jakoś tak od razu przypomina mi się wiersz Daniela Naborowskiego „Krótkość żywota”. Omnis moriar chciałoby się powiedzieć – ta nasza niegdysiejsza przestrzeń zamieszkiwana jest już tylko przez przedmioty (a także minerały czy rośliny), w jakich nie odbiła się w żaden sposób nasza egzystencja (więc przeszukiwanie szafek i tak pójdzie na marne).

Wiele pejzaży w tych „drugich” wierszach Stasiuka pozbawionych jest obecności człowieka, jeśli nie liczyć podmiotu mówiącego oczywiście. To opisy przyrody, bardzo zresztą piękne, rozważania nad naturą czasu (też obsesyjny barokowy temat!); sezonami, pogodą. Jest metafizyka, a nie ma, jak powiedziano, człowieka. Ludzie stają się co najwyżej jakimiś anonimowymi sylwetkami (czy może nawet raczej konturami jedynie) przesuwającymi się w tle i właściwie nierozpoznawalnymi.

Ale jest i drugi biegun – oto przykład:

***

Siedziałem obok kierowcy.
Czternaście godzin jazdy z długą przerwą
na pijaństwo. Z przeciwka nadciągały obłoki
błota i nierealnych świateł. Samochód
był mądry i stary. Zakręty brał po omacku.
Właściwie mogłoby nas nie być.

Papierosy miały smak miasta opuszczanego
o zmierzchu, w porze gdy każda podróż
wygląda na ucieczkę. Nam też paliło się pod stopami.
Musieliśmy ruszać nim wytrzeźwiejemy.

Stacje benzynowe, noc jak kawa
rozlana na czarnym stoliku. Śmierć to się
zbliżała, to znowu oddalała i byliśmy jak
te długonogie owady ślizgające się po powierzchni wody
za lekkie by utonąć i zarazem bezskrzydłe.

 

Ten wiersz nie pochodzi już z tomiku, został napisany później i wydrukowany premierowo w jednym z numerów „Czasu Kultury”. To jeden z ostatnich upublicznionych Stasiukowych utworów poetyckich, za chwilę autor odwróci się od liryki.

Prawda, że mamy tu scenkę, jakby wyjętą z późniejszej prozy autora „Grochowa”? Ze znanymi motywami: podróżą, oniryczno – alkoholowym klimatem, dziwacznym niepokojem, rodzajem niesprecyzowanej desperacji.  I proszę – tym razem to świat jest nieobecny, w centrum znajduje się natomiast człowiek w sytuacji dla pisarstwa Stasiuka podstawowej: to znaczy egzystencjalnej. I to – w sumie poetyckie jednak – porównanie w kodzie wiersza; definiujące bohaterów podróży w sytuacji zawieszenia – niezdolnych do wzlotu, ale też zabezpieczonych przed upadkiem. A śmierć tym razem nie jawi się jako fakt, ale zapowiedź.

Jest Stasiuk, jako stylista, prozaikiem, który pozostał poetą i zaiste często prozę poetycką uprawiającym. Pewnie mniej w tekstach eseistycznych, ale i tam nader często posługuje się metaforyzacją. Wciąż zdarza mu się stworzyć „bezczłowiecze” pejzaże, ale to jednak jednostka ludzka, a i społeczeństwo, kultura stają się coraz częściej rzeczywistymi bohaterami jego najnowszych tekstów.

Data dodania: 23 czerwca 2014

Przyjaciele zwrócili się z prośbą o odpowiedź na kilka pytań dotyczących mojej prozatorskiej działalności. Oto wynik:

Jacy pisarze imponowali Ci w dzieciństwie i wczesnej młodości? Czy mogli mieć wpływ na poważniejsze zainteresowanie się literaturą?

-W dzieciństwie i wczesnej młodości (czyli tak aż pod koniec szkoły podstawowej): Karol May, Henryk Sienkiewicz, Alfred Szklarski; pod koniec podstawówki zacząłem czytać romantyków (Mickiewicz, Słowacki), bo tacy byli dostępni w bibliotece ambasady polskiej w kraju, w którym wtedy mieszkałem. Strasznie mi się podobali ze względu na chmurność, patos, emocje i wyobraźnię. Stanowczo romantykom zawdzięczam zainteresowanie literaturą piękną. Czytałem też dużo rzeczy historycznych – głównie o wojnach XX wieku (a szczególnie o marynarce wojennej, w tym polskiej – tu głównie rzeczy Jerzego Pertka oraz wspomnienia lotników, np. Bohdana Arcta etc.)

W jakich okolicznościach zacząłeś (zaczęłaś) pisać prozę? I czy ta wczesna motywacja nadal Ci towarzyszy?

– Prozę zacząłem pisać późno, właściwie raptem dwanaście lat temu, kiedy byłem już poetą z tak zwanym dorobkiem. Najpierw trochę dla żartu – dostałem zamówienie na opowiadanie, choć niczego prozatorskiego jeszcze wówczas nie napisałem (oczywiście oprócz jakichś kompletnie poronionych prób z czasów licealnych).

Pierwsza powieść: „Przylądek pozerów” jest w zasadzie cała oparta na żarcie (jako antykryminał dialogujący sobie z rozmaitymi szablonami tej literatury gatunkowej). W każdej kolejnej książce żartu coraz mniej, a w ostatnio opublikowanej (kryminał oczywiście: „Opcje na śmierć” dla WL) żartu już jak na lekarstwo (choć czasami nie mogę się powstrzymać przed pastiszem czy jakimś kryptocytatem)

Czy może pisałaś (pisałeś) wcześniej dziennik, pamiętnik itp.?

– Niestety  tak. To są zapiski młodzieńcze z czasów licealnych i wczesnych studiów (raczej rodzaj dziennika). Bardzo to naiwne, egotyczne, żenujące. Trzymam jeszcze te zeszyty ku przestrodze, ale pewnie je spalę, bo wstyd.

Do zapisków konfesyjnych wróciłem niedawno, bo uznałem, że warto odnotowywać rozmaite zdarzenia, sytuacje, kontakty, które są moim udziałem teraz – na zasadzie, że „ku potomności”, szkoda, żeby się rozmaite anegdoty na przykład rozpłynęły w niepamięci…

Miałeś (miałaś) w pobliżu osobę, której uwagi kształtowały Twoje podejście do pisarstwa?

– „Uszczęśliwiałem” rozmaitych znajomych i przyjaciół fragmentami mojej twórczych działań; byli zazwyczaj mili i podtrzymywali mnie na duchu (same „dzieła” recenzując oględnie), ale żadnego mistrza nie miałem. Wiele zawdzięczam żonie, której dawałem swoje rzeczy w brudnopisie, a ona, skądinąd profesjonalna redaktorka, podpowiadała mi, co wyciąć i co przerobić.

Czy ważne były dla Ciebie rozmowy i spotkania z piszącymi rówieśnikami, aktywność w klubie literackim, działanie w grupie twórczej itp.?

– Nie. Źle znosiłem takie spotkania. Już raczej wolałem słuchać kogoś, kto sam pisze, jak o tym mówił, ale raczej w sytuacji face to face.

Podpatrywałaś (podpatrywałeś) innych pisarzy? Miałeś (miałaś) w pamięci jakieś zalecenia i rady klasyków?

– Podpatrywałem raczej dla inspiracji własnej (wzięcia się do roboty), ale nikogo specjalnie konkretnego. Zapamiętywałem lub zapisywałem sobie rozmaite porady, jeśli się z nimi spotkałem czytając (np. co Czeszko radził Hłasce, a co ten opowiedział w „Pięknych dwudziestoletnich). Robię to zresztą do dziś, zresztą jako przykład rozmaitych kuriozów (np. jak King pisze w swojej autobiografii/poradniku, że „przysłówki nie są twoimi przyjaciółmi”)

Co dzisiaj poradziłbyś (poradziłabyś) adeptowi – jak ma się przygotować do pisania prozy, co już powinien wiedzieć, jaka postawa powinna go cechować itp.?

– Powtórzyłbym znane prawdy, że do prozy trzeba mieć żelazny tyłek i że trzeba stosować zasadę nulla dies sine linea, jak już się wzięło do pisania, bo inaczej nic z tego nie będzie. A także pewnie to, żeby się nie dać pokusie perfekcjonizmu, bo jednak niedoskonała książka, wobec której czuję niedosyt – ale napisana – ma jednak wyraźną przewagę nad doskonałą etc., którą mam w głowie, ale nienapisaną.

Data dodania: 22 czerwca 2014

6 sierpnia 2014 r. w Muzeum Literatury otworzymy wystawę Program Merkury. Grzegorz Wróblewski. Nowa odsłona. Wystawa czynna będzie do 28 września 2014 r.

Grzegorz Wróblewski urodził się w 1962 roku w Gdańsku, wychowywał się jednak w Warszawie. Od 1985 roku mieszka w Danii, w Kopenhadze. Jego pierwsza książka poetycka – Ciamkowatość życia – ukazała się w założycielskiej, tzw. fioletowej serii, legendarnego  literackiego pisma „brulion” (Kraków – Warszawa 1992). Wcześniej  drukował swe wiersze w nielegalnych (w PRL-u ) pismach drugiego obiegu – „Wezwanie” i „Obecność”. Debiutując jako poeta, miał już Wróblewski w dorobku pierwsze prace plastyczne oraz próby rockowych i performerskich wystąpień artystycznych.

Obecnie jest – od kilku już lat – członkiem Duńskiego Związku Pisarzy. Zdążył być stypendystą Duńskiej Państwowej Fundacji Sztuki oraz laureatem rozmaitych duńskich oraz międzynarodowych nagród artystycznych. Ostatnimi laty miał wiele publikacji papierowych i on- line w Wielkiej Brytanii oraz w USA. Autor chwali sobie przywilej współpracy z doskonałymi tłumaczami, których wysiłek umożliwił mu obecność w angielskim obszarze językowym.

Wróblewski występował ze znanymi muzykami rockowymi i jazzowo-awangardowymi, jak np. John Tchicai, Harold Rubin czy Olga Magieres, przez jakiś czas miał też w Danii swój własny zespół muzyczny – Slurp – gdzie perkusistą był Sławomir Słociński, zamieszkały również w Danii polski muzyk rockowy, związany niegdyś m.in. z Brygadą Kryzys.

Książki poetyckie Grzegorza Wróblewskiego w Danii ukazywały się – w tłumaczeniach – głównie dzięki wsparciu środowiska związanego z tamtejszym pismem literackim „Overste Kirurgiske”.

Pisarza w Polsce identyfikowano do tej pory z nurtem minimalistycznym i banalistycznym, co spotkało się zresztą z kontestacją z jego strony. Wróblewski  powołuje się raczej na inspiracje – jeśli idzie o poezję właśnie – twórczością Rona Padgetta oraz obiektywistów: Charles’a Reznikoffa czy Williama C. Williamsa.

Jeśli idzie o sferę plastyczną – wymienia Pierre’a Alechinsky’ego jako tego, który miał wpływ na jego obrazy.

Z ostatnich wystaw plastycznych należy wymienić jego ekspozycję w kopenhaskiej galerii Zenit pod tytułem Ambient (2011 r.). Ilustrował też książkę Pawła „Kelnera” Rozwadowskiego To zupełnie nieprawdopodobne (Warszawa 2012).

Grzegorz Wróblewski, w swych działaniach artystycznych, porusza się na granicach poezji, prozy, dramatu, muzyki i plastyki. Jest artystą wszechstronnym, co udowadnia jego wystawa prezentowana właśnie w Muzeum Literatury.

W roku 2012 udzielił mi wywiadu, opublikowanego w literackim czasopiśmie „RED” pod tytułem Pasażer.  Myślę, że to dobry tytuł – odzwierciedlający drogę twórczą tego artysty i jego egzystencjalny stosunek wobec siebie samego oraz świata.

Data dodania: 13 maja 2014

Zbiór esejów „Czardasz z mangalicą” Krzysztofa Vargi może być uznany za swoistą kontynuację poprzedniej książki pisarza o Węgrzech po tytułem „Gulasz z Turula”. I pewnie trochę tak jest, choć tym razem Varga zabiera nas w inną podróż: na węgierską prowincję, do puszty, pod rumuńską granicę. I szuka źródeł  madziarskiej melancholii nie w wydarzeniach historycznych czy kulturowych, lecz raczej w krajobrazie, a także, poniekąd, w modelu życia ludzi mieszkających z dala od aglomeracji.

Sporo też jest o specyficznej kuchni bratanków, którą autor, sam będąc smakoszem, delektuje się najwyraźniej, choć zdarza mu się także autoironicznie przyznać, że jakąś szczególnie dziwaczną – z punktu widzenia polskich gustów – potrawę zjadł chyba tylko po to, by o tym napisać.

I rzecz, jak dla mnie, najciekawsza: narrator tym razem eksponuje swoją półwęgierskość (w „Gulaszu” przyglądał się swej „pół – ojczyźnie” bardziej jako Polak), niekiedy porównując – intrygująco – „ojczyznę” (Węgry – ojciec pisarza stamtąd pochodził) i „matczyznę” (Polskę, tu urodziła się jego matka).

Są książki – nawet te wybitne – których lektura odbiera ochotę na wizytę w krajach, jakie opisują (tak jak dla mnie na przykład – „Bukareszt: kurz i krew” Małgorzaty Rejmer). Eseje Krzysztofa Vargi o Węgrzech należą do innej kategorii. Aż ślinka cieknie z niecierpliwości, by jak najszybciej tam pojechać.

Data dodania: 21 kwietnia 2014

Czy jest coś, co łączy obu tych pisarzy? Zakładam, że tak: skłonność do konfesji, zdatność do tworzenia tekstów autobiograficznych, które są zwyczajnie lepsze, ciekawsze, bardziej pobudzające niż ich teksty czysto literackie, fikcjonalne, fabularne. Poza tym podobieństwo, ale na zasadzie dalekiego skojarzenia, obu biografii.

Bobkowski wraz z żoną wyjeżdża z Polski do Francji jeszcze przed II wojną światową. Planowanym celem ich podróży jest Argentyna, gdzie znajomy ma Bobkowskiemu załatwić pracę. Nic z tego nie wynika, natomiast z pobytu Andrzeja Bobkowskiego w najpierw najechanej przez hitlerowców, a później w części okupowanej przez nich Francji wynika arcydzieło polskiej literatury, czyli „Szkice piórkiem”.

Marai opuszcza Węgry w 1948 roku przewidując, co się stanie w najbliższej przyszłości z jego ojczyzną. Nigdy do niej już nie powróci – będzie na zmianę mieszkał we Włoszech i Stanach Zjednoczonych, gdzie w 1989 roku, samotny, palnie sobie w łeb z rewolweru. Bobkowski, w wieku lat czterdziestu ośmiu umrze w Gwatemali – gdzie wyemigrował z żoną również w roku 1948 – na skutek powikłań raka skóry.

„Dziennik” Marai’a oraz jego autobiograficzna proza pod tytułem „Ziemia!… Ziemia!” to arcydzieła literatury  autobiograficznej; podobnie ze „Szkicami piórkiem”, „Z notatnika modelarza” czy innymi tekstami podróżniczo – eseistycznymi Andrzeja Bobkowskiego.

Obaj byli zdeklarowanymi i pozbawionymi złudzeń antykomunistami. Obaj ulubili poczucie wolności – dlatego nie mogli żyć ani w komunistycznej dyktaturze, ani w powojennej Europie, która, jak widział ją autor „Czarnego piasku”, degenerowała się stopniowo, acz wyraziście, staczając się w degrengoladę masowego socjału i kryptokomunistycznych rozwiązań ustrojowych.

Marai i Bobkowski skupiali się w swych autobiograficznych tekstach na sobie; to zresztą zrozumiałe i wynikające z wybranego gatunku wypowiedzi. Marai opisywał samotność wynikającą między innymi z wygnania i konieczności przebywania poza sferą własnego języka (w tym akcie przypominając poniekąd rozważania Czesława Miłosza); Bobkowski starał się trzymać fason, gdy opisywał zmagania rodzinne i materialne w dalekim kraju Ameryki Środkowej.

Obu twórców upodabnia właśnie samotność i oddalenie. Bobkowski nie tęskni do materii, gdzieś tam zostawionej w Europie, ewidentnie tęskni natomiast do środowiska intelektualnego, do możliwości rozmowy, sporów, debat… W Gwatemali nie miał satysfakcjonujących go partnerów do rozmowy, stąd listy, setki kartek listów; oto namiastka dialogu, sporów, wymiany myśli…

Marai tęsknił natomiast za ojczyzną w wymiernym tego słowa znaczeniu – za krajobrazami, zapachami, widokami… Za widokiem Budy, za jej uliczkami, knajpami, ludźmi, zasiedlającymi ulice stolicy Węgier, za międzywojenną atmosferą kawiarni i debat, prasowych sporów…

Obaj znaczną część swego życia spędzili poza światem, który kochali, nawet jeśli byli nadzwyczaj wobec niego krytyczni.

Jest jakiś smutek wpisany w ich los. Oraz w ich teksty. Na przekór witalizmowi, który objawia się na kartach ich książek.

Strona 1 z 612345...Last »
O autorze
dr Jarosław Klejnocki - dyrektor Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza, pisarz, poeta, eseista i krytyk literacki. Adiunkt w Instytucie Polonistyki Stosowanej UW. Jego wiersze, eseje i artykuły tłumaczono na angielski, niemiecki, szwedzki, słoweński, bułgarski, węgierski, rosyjski. Ostatnia książka to kryminał "Człowiek ostatniej szansy" (WL, 2010). Współpracuje z prasą polską (m.in. "Tygodnik Powszechny", "Polityka", "Rzeczpospolita", "Kresy", "Miesięcznik Literacki", "Odra") i zagraniczną ("Chicago Review", "Die Horen").
Muzeum Literatury
Ostatnie wpisy
Archiwa
Blogi Muzeum Literatury
Copyright © 2010-2014 Muzeum Literatury